W ramach Kina Kulinarnego podczas łódzkiego Transatlantyka, obejrzałam film "W poszukiwaniu kuchni izraelskiej". Z pozoru dokument niczym nie różni się od programów kulinarno-podróżniczych. Jednak mimo wielu apetycznych ujęć, nie liczcie na food porn. Tu chodzi o coś więcej.

W poszukiwaniu kuchni narodowej

Fabuła filmu jest prosta. Michael Solomonov, szef kuchni izraelskiego pochodzenia podróżuje po kraju, próbując, smakując i gotując z lokalsami. Trochę przypomina nam to grzeczniejszą wersję Anthony'ego Bourdaina, trochę nieco mniej śmiesznego Phila Rosenthala z netflixowego "Somebody Feed Phil". Ma jednak tę przewagę nad swoimi kolegami po fachu, że poniekąd jest insiderem. W Izraelu się urodził, więc tamtejszą kuchnię zna nie tylko z podróży, ale i wspomnień dzieciństwa. Podczas eksplorowania kuchni izraelskiej wiele rzeczy go jednak zaskakuje.

Przeszkadza mi założenie przyjęte od samego początku w filmie, że istnieje jakaś kuchnia, którą można uznać za "prawdziwie" i "autentycznie" izraelską. Nawet w krajach dość jednolitych kulturowo (załóżmy, że określam tak kraje bez dużej liczby imigrantów), trudno mówić o kuchni narodowej. Żaden kraj nie istnieje bowiem w kulturowej próżni, a rozmaite wpływy nieuchronnie kształtują kulinaria każdego narodu. 

Tymczasem Solomonov intensywnie szuka definicji kuchni izraelskiej, ale stale mu się ona wymyka. Kuchnia izraelska jeszcze bardziej niż inne jest raczej mixem wielu innych kuchni niż monolitem. W Izraelu połączyły się bowiem drogi przybyszy z Europy Środkowo-Wschodniej (Aszkenazyjczycy) i z Hiszpanii, Portugalii czy Północnej Afryki (Sefardyjczycy). Każdy z nich przywiózł swoje przepisy, swoje kulinarne upodobania. Do tego dochodzą jeszcze Arabowie, którzy także mają swój znaczący wkład w kuchnię izraelską.

Dlatego właśnie tak trudno znaleźć coś, co można jednoznacznie określić jako izraelskie. Solomonov pokazuje ogromną różnorodność tej kuchni. Podróżuje zarówno do Tel Avivu, w którym z łatwością znajdziemy odbicie globalnych trendów kulinarnych, jak i do małej mieściny Akko, w której swoją restaurację od 25 lat prowadzi znany Uri Buri, charyzmatyczny szef. Zorientowanie się, gdzie akurat jest nasz przewodnik, ułatwiają plansze z mapami.

To, co jest największą siłą filmu to pokazanie nie tylko różnorodności kuchni, ale też różnych perspektyw, z jakiej można o niej mówić. W filmie co i rusz zderzają się odmienne poglądy. O kuchni Solomonov rozmawia z kucharzami i działaczami z całego kraju, wspólnie z nimi gotuje, a sytuacja, w której z zachwytu nad smakiem dania po prostu przytula gotującego, jest nader częsta.

O historii Izraela opowiadają nam z kolei dziennikarze i autorzy książek kulinarnych, wyjaśniając m.in. dlaczego młodzi ludzie przez długi czas wstydzili się kuchni swoich przodków, uważając ją za przaśną i nieatrakcyjną (a przecież w dużej mierze wynikało to z faktu, że imigranci chcieli odciąć się od kuchni europejskiej, zacząć od nowa także w tej sferze). 

Jedzenie jest aktem politycznym

Niektórzy rozmówcy Solomonova twierdzą, że jedzenie nie ma wiele wspólnego z polityką. W Izraelu trudno o większy błąd. Jedzenie ma znaczenie polityczne, jest przedmiotem sporów, podlega regulacjom. Kiedy szef kuchni opowiada o tym, że niełatwo jest prowadzić arabską restaurację w Izraelu dotyka tylko czubka góry lodowej. Wystarczy spojrzeć na humus - izraelskie danie narodowe jest pochodzenia arabskiego. Sam Solomonov mówi o konflikcie między Izraelem i Palestyną, opowiadając o śmierci swojego brata - żołnierza. Ten konflikt cały czas pobrzmiewa gdzieś w tle filmu, ale twórcy zdecydowanie wolą ten trudny temat nieco pominąć. 

"W poszukiwaniu kuchni izraelskiej" dobrze pokazuje też zróżnicowanie religijne. Okazuje się, że większość Żydów w Izraelu nie przestrzega na co dzień zasad koszerności, tworząc silny kontrast z mieszkańcami m.in. Jerozolimy. Solomonov odwiedza m.in. winnicę, w której produkuje się koszerne wino, bierze też udział w obchodach szabasowych, pokazując, że dla Żydów wspólne biesiadowanie ma niebagatelne znaczenie. 

Tym, co wydaje się łączyć różne elementy kuchni izraelskiej jest lokalność i szacunek do produktu. Z drugiej jednak strony, obserwujemy ten trend wszędzie, więc nie można uznać go za charakterystyczny tylko dla Izraela. Może pytanie nie powinno brzmieć, czy kuchnia izraelska istnieje, tylko, czy jest sens ją jednoznacznie definiować?

Wyjątkowa kolacja

Luźną interpretacją kuchni aszkenazyjskiej była kolacja Marcina Popielarza, szefa restauracji Biały Królik w Gdyni. Mieliśmy okazję zjeść dania inspirowane potrawami izraelskimi. Nie bez powodu Popielarz wybrał kuchnię aszkenazyjską - polskie akcenty, które przemycił w swoich daniach wydają się jak najbardziej uzasadnione. 

Kolacja zaczęła się od galaretki warzywnej zanurzonej w wyśmienitej izraelskiej oliwie. To jeden z tych produktów, z których Izrael jest dumny. Prawdziwą smakową bombą była wariacja na temat humusu. Popielarz przygotował humus z kiszonego grochu, lekko kwaskowy, podany w karczochu. 

Na stole nie mogło zabraknąć też różnych odmian pomidorów, serwowanych z dodatkiem hibiskusa i sera. Szef zdecydował się też podać jagnięcinę w sosie z kakao i z palonym bakłażanem, jedną z izraelskich specjalności. Ucztę wieńczył deser, czyli kugel - rodzaj ciastka z tartych słodkich ziemniaków z owocami. Bardzo odświeżające, ciekawe zakończenie. 

Dania Popielarza zostały sparowane z bardzo charakterystycznymi winami. Wszyscy przy stole zgodziliśmy się, że raczej nie byłyby naszym pierwszym wyborem do picia w domu, ale z potrawami serwowanymi podczas kolacji komponowały się znakomicie. 

To niezwykle ciekawe przeżycie móc spróbować smaków, o których przed chwilą oglądało się film. Dzięki kolacji, filmowe doświadczenie staje się pełniejsze i na odwrót - wiedza z filmu wzbogaca odbiór podawanych dań. Transatlantyk odbywa się co roku w Łodzi i za każdym razem w programie znajdziecie też sekcję Kina Kulinarnego - do zobaczenia za rok!