Kielce nie kojarzą się, jak Wrocław, Kraków czy Warszawa z turystyką kulinarną. Trzeba przyznać, że w ostatnich latach nie słyszeliśmy ani jednego słowa polecenia o żadnej tamtejszej restauracji. Aż tu nagle… fani japońskiej kuchni ulegli zbiorowemu szaleństwu i mówią, że na sushi trzeba jechać do Kielc! Sprawdziliśmy, czy warto.

Omakase, czyli oddaję tobie wybór

Pierwotnie w tradycji japońskiej polegał on na tym, że wystarczyło podać chefowi kwotę, jaką chcemy wydać i powiedzieć „omakase”, co znaczy „oddaję wybór tobie”. Dziś w Sushiya dostępne są jednak także zestawy omakase – już na starcie znasz ich cenę i liczbę kawałków sushi, ale ich skład pozostaje nieznany aż do momentu podania.

Sięgnęliśmy po zestaw Omakase Moriawase dla dwóch osób (121 złotych), składający się z 4 kawałków sashimi, 6 nigiri, 8 uramaków i 6 hosomaków. W oczekiwaniu na sushi podjadamy zielone fasolki edamame – są przyjemnie ciepłe i można je zjeść na słono lub pikantnie, podsmażone z pastą chili. Jeśli sądzisz, że subtelna japońska kuchnia interpretuje słowo „pikantne” z odpowiednią delikatnością, w Sushiya mogą cię zaskoczyć. Fasolki wyciskają łzy z oczu, ale są tak smaczne, że jesz dalej. Usta płoną!

Rozbudzeni ognistymi fasolkami czekamy jeszcze chwilę na nasze omakase, podglądając chefa przy pracy – nie bójcie się siadać przy barze. To świetne miejsce, w centrum wydarzeń – nic was tu nie ominie, a w opisywanej restauracji jest też niezwykle wygodne, niczego wam nie zabraknie.

Choć bardziej zgodne z tradycją byłoby zjadanie kolejnych kawałków na bieżąco, oczekiwanie na zestaw ma tę przewagę, że niezwykle syci też zmysł wzroku – zestaw prezentuje się pięknie, choć dość prosto.

Ikra z makreli, toro, czyli najtłustsza część tuńczyka żółtopłetwego, małż guidak, ośmiornica i łosoś – to nasze kąski sashimi. I o ile wypadałoby jeść je w całości, niesprawiedliwym wydaje mi się nie podzielić, skoro występują pojedynczo. Łosoś szokuje tym, jak rozpływa się ustach – jest tłusty, wręcz maślany, podobne wrażenie robi toro.

Nigiri wciąż jest ogromną przyjemnością wynikającą z jedzenia najlepszej jakości ryby, ale dochodzi tu też ryż, a ten w sushiya robią świetnie – kleisty, ale jędrny. Nigiri są tak delikatne, że obsługa podkreśla zalety niekorzystania z pałeczek – tylko dłonie potrafią się obejść z tymi kąskami wystarczająco delikatnie. Na ryżu ponownie pojawiają się doskonałe toro, guidak i ośmiornica, a obok nich pyszny ostrobok i pelamida z dymką, a także kalmar z solą morską i yuzu, czyli sokiem z japońskiej cytryny. I ten kalmar to dla mnie doświadczenie trudne. Twardy, właściwie nie do pogryzienia. Przykro mi, ale nie. Obsługa (bardzo miła), zagadnięta na ten temat, poinformowała nas, że on „taki jest”.

Po nigiri przyszedł czas na hosomaki, które pozwoliły cieszyć się kawałkami, które zdążyliśmy już polubić – ośmiornicą i toro. Jednoskładnikowe rolki, choć smaczne, wypadły dość skromnie, ale nic dziwnego, kiedy stanęły między doskonałymi sashimi i nigiri a tym, co zostawiliśmy sobie na koniec, czyli uramaki z krewetką, awokado, szparagiem i tykwą, zwieńczone opalonym tuńczykiem z sosem spicy mayo i pikantną przyprawą. Wybitnie bogata rolka może być nieco przytłaczająca, ale po tylu smakach, które ją poprzedziły okazuje się być godnych zwieńczeniem. Kielecka Sushiya organizuje zamknięte degustacje omakase co kilka tygodni w niedzielę – lokal jest wtedy zamknięty dla gości, którzy nie biorą udziału.

W Sushiya zachwycają mnie nie tylko smaki, ale i wygląd sushi – piękne cięcia i kompozycje. Następnym razem z pewnością spróbuję też innych dań, bo w ofercie niezwykle apetycznie prezentujące się rameny, zupy miso, makarony udon i trochę innych pyszności.

Atmosfera i obsługa

Nie można im niczego zarzucić – atmosfera jest lekka, swobodna, spokojna, wolna od podniosłości, jakiej można się spodziewać w wielu podobnych lokalach. Wystrój prosty i lekki, bardzo neutralny, ale przytulny. Obsługa jest kompetentna i bardzo przyjazna. Chętnie udziela informacji, uczy, wyjaśnia, nie krępując przy tym gościa. Obsługujący nas kelner już po kilku chwilach utwierdził mnie w poczuciu, że klient może tu zapytać o wszystko i żadne pytanie nie zabrzmi głupio. Wydaje się to oczywiste, ale wcale nie jest takie częste.