Martyna Szydłowska: Co cię pchnęło w kierunku pracy z młodzieżą z domów dziecka?


Katia Roman-Trzaska: Wiem z własnego doświadczenia jak bardzo umiejętność gotowania pomaga w dorosłym życiu. Kiedy miałam 18 lat, wyprowadziłam się z domu i musiałam sobie poradzić sama. Mogłam na szczęście zadzwonić do babci i spytać, jak się robi rosół czy krupnik. A młody człowiek, który wychodzi z domu dziecka nie ma takich umiejętności i często nie ma do kogo się zwrócić o pomoc. Nie chodzi o umiejętność przyrządzenia piętnastu dań, ale trzech lub pięciu, w tym jednego z jajek. Młodzież z domów dziecka i tak ma trudniejszy start, ale jeśli potrafią gotować to mają ważny bonus na tym starcie. A jak coś umiesz robić, to czujesz się lepiej, masz poczucie, że sobie poradzisz. I o to tak naprawdę nam chodzi!
To jest praca nad usamodzielnieniem, nad umiejętnością zadbania o siebie. To jedno. Drugie – posiadanie tak praktycznej umiejętności daje większe poczucie sprawczości: „Ja sama potrafię coś zrobić. Ode mnie coś zależy”. W domu dziecka podejmuje się bardzo mało samodzielnych decyzji – dotyczą w gruncie rzeczy tylko tego, w co się ubierzesz danego dnia. W gotowaniu wszystko jest samodzielną decyzją. Co więcej, to są słuszne decyzje i często proste – mam jajka, masło i patelnię, więc robię jajecznicę. Chyba, że wolę sadzone lub na miękko – to też dobre decyzje. To daje sprawczość, a ta daje siłę życiową, takie przebicie.

Co sprawiło, że w ogóle się tym tematem zainteresowałaś?

W Little Chefie, szkole gotowania, którą prowadzę od 12 lat, od zawsze robimy zajęcia dla dzieci z potrzebujących środowisk – świetlic środowiskowych, domów dziecka, akcje charytatywne. Dwa lata temu dostaliśmy zaproszenie do takiego domu dziecka pod Warszawą. Okazało się, że dzieci rzadko wchodzą do kuchni. Czasem jest to kwestia sanepidu, a czasem tego, że łatwiej jest coś zrobić za nich niż ich uczyć – pracownikom domu dziecka, opiekunom brakuje czasu, a szybciej jest zjeść posiłki z cateringu. Usamodzielnianie polega na uczeniu wielu życiowych umiejętności. Mieszkając w rodzinnym domu, widzimy, jak to się odbywa, jeździmy z rodzicami na zakupy. Widzimy, jak nasza rodzina gotuje, siadamy razem do stołu, słyszymy, jak rodzice rozmawiają o wszystkim, co związane z planowaniem posiłków. W domu dziecka nie ma okazji do takich obserwacji i nauki. Dzieciaki mało umieją i postanowiliśmy stworzyć program, który na taką potrzebę odpowie.
Spędziłyśmy z Zuzą Skoczek, współzałożycielką fundacji, setki godzin na rozmowach i zgłębianiu tematu pieczy zastępczej. Od początku najważniejsze było, by program był bardzo życiowy. Gotowanie, planowanie zakupów, savoir vivre, budżet domowy.  Naszym nadrzędnym celem jest usamodzielnienie młodzieży. Chcemy, żeby poczuli się mocniejsi i żeby mieli większe poczucie własnej wartości, żeby lepiej budowali więzi z ludźmi, bo ta umiejętność nam w życiu pomaga na każdym polu – prywatnie i zawodowo. Nie rozwiążemy wszystkich problemów, ale możemy im pomóc w pracy nad osiągnięciem tych celów – gotując, a przy tym rozmawiając o życiu przy gotowaniu i przy stole. 


Jak wygląda realizacja tego programu?

Nigdy nie przyjeżdżamy na jedno spotkanie i do widzenia. To musi być cykl, więc co najmniej cztery zajęcia po około 3 godziny, a najlepiej z kolacją podsumowującą, gdzie nasza młodzież może też spotkać ludzi, za sprawą których te warsztaty w ogóle doszły do skutku, a więc lokalnych przedsiębiorców, restauratorów, wolontariuszy. Na naszym programie w Słupsku był prezydent Robert Biedroń, na finałowej kolacji była dyrektor z urzędu miasta, byli lokalni przedsiębiorcy. To dla naszej młodzieży też jest ciekawe i jest to okazja do ćwiczeń sztuki konwersacji.  W Katowicach gotowali z nami znani lokalni kucharze Kasia Rogowska i Przemek Błaszczyk. Nasza młodzież wychodziła z tych zajęć uskrzydlona.
A kluczem do sukcesu jest dobra zabawa i partnerska atmosfera pełna szacunku. To jest przepis na to, aby informacje łatwiej było zapamiętać.

Czy młodzież jest tym wszystkim od razu zainteresowana?

Zanim zaczniemy zajęcia, przyjeżdżamy na spotkanie zapoznawcze, żeby opowiedzieć, co się będzie działo. Na pierwszych zajęciach wyczuwa się jeszcze lekki dystans. Spisujemy też taką listę zasad obowiązujących na tych zajęciach – od „zawiązujemy włosy” po „nosimy nóż tylko ostrzem w dół”. Warsztaty współprowadzą profesjonalni kucharze i oni są naszymi najcenniejszymi wolontariuszami. Przekazują wiedzę w sposób absolutnie praktyczny. Nasze dzieciaki mają umieć pokroić cebulę, ale ponieważ wszystko prowadzą kucharze, to oni zawsze coś przemycą – na chwilę się odwrócę, a tam pianka lub jakiś puder. Jest wesoło i nikt się nie spina, bo szkoda na to życia.


Spotkałaś się z silnym oporem, którego nie udało się przejść?

Spotykam się z oporem wynikającym z niechęci do wejścia do nowej grupy. Jest ich piętnaścioro lub dwadzieścioro i chcą się trzymać z osobami z ich domu dziecka, ale nie są w tej sali sami, bo warsztaty obejmują kilka placówek. Czasem wiec trafia się do grupy z kimś zupełnie obcym i wtedy to bywa trudne. Wyjście poza strefę własnego komfortu jest jednak trudne dla większości ludzi, szczególnie nastolatków . Naszym najlepszym narzędziem pracy jest i w tych sytuacjach poczucie humoru – wspólny śmiech zbliża i rozbraja trudne sytuacje. Pamiętamy, że ci ludzie są często bardzo doświadczeni przez życie i proces budowania zaufania trwa u nich dłużej. Potrzeba więcej cierpliwości i przestrzeni. Jeśli jednak chcemy, aby nasze zajęcia były skuteczne, wszyscy ludzie, którzy z nami tworzą te warsztaty, muszą się taką cierpliwością wykazywać. Zanim więc zaczniemy projekt, robimy szkolenie dla kucharzy – oczywiście nie uczymy ich gotować, ale przygotowujemy ich do tego zadania i uświadamiamy, z jaką grupą będziemy pracować.  To szkolenie ma służyć przekazaniu sposobu pracy Dzięki temu szkoleniu kucharz jest lepiej przygotowany do tego, aby sam prowadził podobne warsztaty, kiedy my już wyjedziemy.


Co jest dla was największym wyzwaniem?

W tej chwili pracujemy nad zorganizowaniem cykli szkoleń dla kucharzy, aby oni jak najszybciej mogli sami zacząć pracować z młodzieżą. I sfinansowanie tych szkoleń. Tutaj jest strasznie dużo trudnej logistyki. Kolejnym wyzwaniem jest zorganizowanie warsztatów w kolejnych miastach. To nie jest tak, że jak dostanę składniki, to ja już mam wszystko. Szkolenie trwa dwie godziny, ale to jest z osiemdziesiąt godzin naszej pracy nad jego przygotowaniem i zorganizowaniem.
1 czerwca w całej Polsce organizujemy akcję „Wspieram samodzielność”. Prosimy restauratorów, aby z tej okazji podzielili się z nami jakimś procentem swojego utargu, abyśmy mogli sfinansować kolejne cykle. Restauratorzy, którzy biorą udział w akcji, chcą mieć realny wpływ na życie młodzieży w swojej okolicy. To nasi „ambasadorzy samodzielności”. Zapraszamy wszystkich, którzy chcieliby dołączyć do akcji.
Nasza praca to też uświadomienie kucharzom i restauratorom, w jaki sposób mogą realnie pomóc. Bo jest taka chęć i potrzeba w ludziach, ale nie zawsze wiedzą, jak się za to zabrać. Ich know-how może pomóc dzieciakom z ich okolicy. Pamiętajmy też, że to zaangażowanie daje to też pewną widoczność, ukazuje ich w korzystnym świetle, więc jest i taka korzyść – poza samą świadomością, że się komuś pomogło.


W jaki sposób finansowana jest działalność fundacji Samodzielność od kuchni?

Za sprawą darczyńców indywidualnych i biznesowych. Plus wkład własny Little Chefa – stąd się wzięliśmy i stamtąd wciąż czerpiemy zasoby. Na tę chwilę pracuję więc na dwa etaty – chciałabym mniej pracować w Chefie, a więcej w fundacji, ale na razie musi mnie wystarczyć i tu, i tu.


Masz poczucie, że poza gotowaniem są jeszcze jakieś umiejętności, których waszym podopiecznym brakuje, a które mogłyby im pomóc w usamodzielnianiu się?

Tak, pisanie CV, zakładanie kont bankowych, prowadzenie domu w każdym aspekcie, prowadzenie budżetu. Zarządzanie domowym budżetem jest bardzo ważne – to znaczy, kiedy dostajesz pierwszą pensję w kwocie X i co zrobić, żeby nie wydać jej w dziesięć dni. Są też miękkie umiejętności – choćby prowadzenia rozmowy. Nasze warsztaty savoir vivre nie uczą, jak jeść homary, tylko jak siedzieć, jak trzymać sztućce. To nie dla każdego jest oczywiste, jak się zachować na randce, na spotkaniu z ludźmi z pracy, z szefem. Dom rodzinny zwykle tego uczy, a dom dziecka – nie bardzo… Nie ma komu się przyglądać codziennie.
Bo jednak działalność domu dziecka skupia się głównie na zapewnieniu minimum niezbędnego do życia…
Jest niezwykle cenna i ci wychowawcy, których poznajemy, naprawdę bardzo pomagają, niezwykle się starają, ale jednak są rzeczy, których dać nie mogą, nie na co dzień, wymagają przegadania z mamą, babcią, w sytuacji rodzinnej, bo ona trwa cały czas. W domu dziecka nie zawsze jest kogo zapytać – jest dwoje opiekunów na kilkanaścioro dzieci, więc nie ma szans, żeby mieli czas i uwagę dla każdego i w każdym momencie.


Masz wgląd w ciąg dalszy – to, co wydarzyło się po waszych warsztatach w tych domach dziecka?

Wiemy, że dzieci częściej robią sobie jedzenie. Przeprowadzaliśmy ankiety, w których pytaliśmy, jak się czują w kuchni i prawie wszyscy uważają, że kuchnia to fajne miejsce – podczas kiedy przed warsztatami prawie nikt tak nie uważał. Docelowo chcemy też mieć platformę dla tych młodych ludzi, żeby mogli się kontaktować i wspomagać.


Motywujące?

Tak, to jest bardzo motywujące. Niełatwe i czasochłonne, ale jak widzisz, że człowiek się zmienia z każdymi zajęciami, widzisz, że uczysz czegoś, co jest bardzo realne i potrzebne. Nie jest to abstrakcyjna wiedza, która się nigdy nie przyda, ale coś bardzo konkretnego. Masz wtedy poczucie, że dorzuciłaś swoją cegiełkę do tego, żeby komuś było choć trochę lepiej w życiu. Nie zmienię całego świata, nie zmienię tym dzieciakom całego życia, ale ta cegiełka to już coś. Wspomnienie tych zajęć niech będzie wspomnieniem, do którego można i chce się wrócić – nie tylko dlatego, że było miło, ale i dlatego, że to było przydatne.

Kiedy do Little Chefa przychodzą dzieciaki – nie tylko te z domów dziecka – masz też takie poczucie, że to nie jest tylko sposób na spędzenie czasu, ale coś więcej?

Tak, uważam, że wszystkie dzieci potrzebują uczenia się tego, co pozwoli im być bardziej samodzielnymi, to niezwykle ważne. Dodatkowo sprzyja to budowaniu więzi, bo po każdych warsztatach siadamy razem i jemy. To jest ten moment, kiedy też przychodzą rodzice i się cieszą, jakie mają mądre i zaradne dzieci, jakie fajne i jak pysznie ugotowały. A dzieci pokazują, co zrobiły, wspólnie próbują i to buduje ich relację. To zajęcia, które niosą głębsze wartości, oprócz samych czynności, bo gotowanie to nie są tylko czynności – to także to uczucie, które mamy, kiedy coś zrobiliśmy sami.


A jak Twoi synowie się poruszają w kuchni?

Potrafią zrobić kilka potraw, ale też sprzątają – jeden w dni parzyste, w nieparzyste drugi. Mają dyżur w kuchni, czyli gotują z nami – z mężem lub mną, a dodatkowo sprzątają po jedzeniu całą kuchnię. Dochodziliśmy do tego mozolnie, ale mam nadzieję, że im to pomoże w dorosłym życiu. Takie mamy zasady, że oni muszą być samodzielni – muszą umieć zrobić pranie, prasowanie, przyszyć guzik. No bo co potem, jak się wyprowadzą – będą dzwonić do mnie, żebym guzik przyszyła? A poza tym zupełnie inaczej buduje się relacje, kiedy się umie przyrządzić przyjaciołom miskę spaghetti z sosem.