Gruzja to zdecydowanie kraj wina – jest jego kolebką, ale też miejscem, gdzie z dumą pielęgnuje się tradycję jego wytwarzania. To tu archeolodzy znaleźli najstarsze ślady produkcji wina sięgające neolitu, ale historia przyniosła wiele przeszkód, które wpłynęły na  uprawy i winiarskie zwyczaje Gruzinów.

W Gruzji jest inaczej


To nie tak jak we Włoszech czy Francji, gdzie winnice kłaniają się przejeżdżającym co krok i zapraszają, by wstąpili na zwiedzanie i degustację. W Gruzji są bardziej dyskretne, ukryte – stąd przyda się przewodnik, który wskaże, jak ich poszukiwać.
Książka Apostolidisa ma formę poradniko-przewodnika, wzbogaconego relacjami autora z miejsc związanych z omawianym tematem. Autor dzieli się też fragmentami dziennika – wspomnieniami ludzi, miejsc i okoliczności, który plastycznie uwiarygadniają przewodnik i ukazują przy tym mentalność i zwyczaje Gruzinów związane z wytwarzaniem wina, jedzenia, a także ucztowaniem. Wspomnienia autora obejmują też jego pracę nad własnym gruzińskim winem - podjął on próbę produkcji przekazaną przez rozmówców.

Tradycja to nie wszystko

Nie każdy region Gruzji ma równie bogate tradycje winiarskie – dla przykładu w Dolniej Kartlii, gdzie odnaleziono wspomniane pamiątki produkcji wina sprzed 8 tysięcy lat autorowi z trudem udało się znaleźć jakiekolwiek współczesne świadectwa winiarskich aspiracji. Mieszkańcy specjalizują się raczej w uprawie warzyw niż winorośli i ze zdziwieniem przyjęli cudzoziemca wypytującego o tamtejsze wino.

Urzeczywistnienie planów przywrócenia dawnej sławy winom musującym produkowanym na zamku na zamku w Mukhrani może okazać się niełatwym zadaniem. Wszystko za sprawą funkcjonującej od lat trzydziestych ubiegłego wieku w Tbilisi dużej wytwórni win musujących. W czasach komunizmu pełniła ona rolę nigdy niewysychającego źródła specjału o nazwie sowetskoje szampanskoje, który z przedmieść Tbilisi trafiał do najodleglejszych zakątków bloku wschodniego.

Dziś właściciele próbują przywrócić tym „bąbelkom” większy szacunek i uznanie w oczach smakoszy wina. Podobnie ma się sprawa z półsłodką Khanchkarą z górskiego regionu Racza Leczchumi. Lata komunizmu uczyniły ją nad wyraz przystępnym, słodkim winem szeroko lubianym także przez mniej wybrednych. Dziś musi sprostać wyższym oczekiwaniom - stąd bardziej wyśrubowane standardy i wyższa cena. Przez to rubinowe wino o bogatym aromacie dojrzałych śliwek, fiołków i cynamonu nabiera szlachetności. Innym słodkim skarbem gruzińskich winiarzy jest Usakhelauri, które swego czasu pokonało Khanchkarą w ważnym radzieckim konkursie i od tamtej pory regularnie trafiało na Kreml, będąc przy tym skrzętnie skrywaną tajemnicą. Wino jest bowiem produkowane w niezbyt dużych ilościach i jest naprawdę drogie - nawet u źródła butelka kosztuje nie mniej niż równowartość stu złotych. Przyczyną tak wysokiej ceny jest oczywiście niska dostępność, ale i kosztowny proces produkcji oraz droga odmiana winogron.


Piotr Apostolidis poznał Gruzję nie jako turysta, odwiedzający ją od czasu do czasu, ale jako ktoś, kto spędził tam kilka lat życia. Jako polski konsul w tym kraju zbliżył się do kultury, kuchni i stylu życia mieszkańców. Jako minus można wskazać fakt, że jego opowieści nieco się urywają. Można tą winą obarczyć kiepski warsztat autora, ale z drugiej strony - znakomicie odpowiada to formule dziennika.
 
Apostolidis dzieli się jednak nie tylko wiedzą i relacjami z rozmów czy uczt. Książka jest niezwykle bogata w opisy krajobrazów, które dodatkowo działają na wyobraźnię. Sielskie wioski, majestatyczne góry to sceneria idealna do kontemplowania tak przyrody, jak i smaków. Tytuł „Gruzińska uczta” sprawia, że w książce spodziewam się wszystkich elementów tradycyjnej supry, a więc i wina, wraz z toastami, i jedzenia. Tego ostatniego jest jednak niewiele - poza wzmiankami na temat chaczapuri, chleba roti, szaszłyków czy przekąsek w stylu pchali niewiele tu na temat kuchni. Książka zdecydowanie skupia się na winie.