Spotykamy się w restauracji Lawendowy Dom. Na początku nie poznaję Julii, siedzi schowana w cieniu, ukryta za dużymi ciemnymi okularami. Ale kiedy podchodzę bliżej i wita mnie szerokim uśmiechem już wiem, że to ona.

Julia Bosski: Bardzo się cieszę, że umówiłyśmy się na wywiad. Wróciłam i muszę narobić trochę szumu (śmiech). Zamów sobie koniecznie jajka po florencku, są ogromne i genialne, najlepsze na świecie!

Dominika Zagrodzka: Często tu bywasz?

Tak, to knajpa przyjaciółki mojej mamy, wszystko robi sama i wszystko jest pyszne. Musisz też spróbować ciasta lawendowego.

To miejsce oparte jest na kuchni francusko-polskiej, czyli dobrze oddaje smaki Twojego dzieciństwa.

Zdecydowanie! Kuchnia mojej mamy i babci w ogóle nie była polska, raczej bliższa francuskiej. Z kolei rodzina od strony taty bardziej inspirowała się kuchnią polską.

Co w kuchni polskiej lubisz najbardziej?

Mnóstwo rzeczy. W Berlinie brakowało mi prawdziwego jedzenia. Śmieję się, że wróciłam, bo tu są drożdżówki (śmiech). Strasznie mi brakowało kiszonek i twarogu. Twaróg to jest mój wielki fetysz (śmiech). Mam wrażenie, że u nas jest trochę jak we Włoszech. Nawet w rodzinach, które nie są jakoś bardzo zainteresowane kuchnią, zawsze pojawia się ta tradycja niedzielnego obiadu u babci, przepisy przekazujemy sobie pokoleniowo. Na początku wypierałam się tego żurku i pierogów, ale teraz myślę, że to są bardzo nasze smaki.

Chciałabym ustalić jedną rzecz – jak Ty się właściwie nazywasz? W mediach przewija się Julia Bosski, Julia von Poniatowski, Julia Przybora.

Te wszystkie postaci to ja! Nie znoszę definiować niczego tylko jednym słowem. Kim jestem? Sama nazywam siebie aktywistką kulturalną. Promuję polską kulturę i kuchnię za granicą, ale teraz po 8 latach mieszkania w Berlinie, wracam do Warszawy. Chcę jeszcze mocniej promować Polskę zagranicą, ale stąd. Tu zapraszać gości z całego świata, żeby zobaczyli Polskę inaczej niż przez pryzmat polityki.

Nazwałam się von Poniatowskim, bo w Berlinie organizowałam Obiady Czwartkowe, które zainspirowane były słynnymi obiadami znanymi z historii. A „von” pokazywało, że jestem w Niemczech. Z kolei „Bosski” to skrót od mojego nazwiska Dubowski. Przez dwa „s”, bo bardzo lubię być „boss” (śmiech). Przybora pochodzi od mojego pradziadka Jeremiego z Kabaretu Starszych Panów – ludzie w Polsce czasami go używają, żeby od razu było wiadomo, że jestem jego wnuczką.

Jak podpisać Cię w wywiadzie?

Julia Bosski. Wymyśliłam sobie ten pseudonim, kiedy wyjechałam do Berlina w wieku 19 lat i do końca nie wiedziałam, co będę robić w życiu. Chciałam po prostu tam zamieszkać. Okazało się, że kiedy jesteś gdzieś sam, zupełnie anonimowy, możesz znaleźć siebie. Nikt nie miał pojęcia, kim był Przybora (śmiech). Bardzo mnie to śmieszy, że tutaj jest to jedna z pierwszych wymienianych rzeczy, kiedy ktoś mnie przedstawia. Jest to oczywiście miłe, ale chciałam być bardziej sobą.

I zostałaś współczesną dandyską.

Uwielbiam cieszyć się życiem. Wizerunek bon vivanta bardzo do mnie pasuje. Walczę o to, żeby kobiety były traktowane bez stereotypów. Mam problem z tym, że niektóre stwierdzenia, typu „jesteś uwodzicielem” czy „umiesz cieszyć się życiem” są pozytywne tylko w odniesieniu do mężczyzn. Denerwują mnie komentarze o tym, że piję za dużo wina, albo mam zbyt wiele romansów. Dlaczego nadal tak jest?

Czy w Berlinie to równouprawnienie jest większe?

Trudno powiedzieć. Obalam wiele mitów na temat Berlina i utopijnej wizji tego miasta. Oczywiście, że jest większa tak zwana wolność. W Warszawie jeszcze 8 lat temu czułam, że nie mogę się rozwinąć, że moja kreatywność jest uważana za szaleństwo. A w Berlinie można tworzyć i ludzie to uwielbiają. Super jest to, że nikogo nie obchodzi skąd jesteś, ale to, co robisz. Jeśli chodzi o wizerunek kobiety i mężczyzny to niestety nadal jest bardzo podobnie. Stereotyp polskiej mentalności często jest wyolbrzymiany, zwłaszcza za granicą. Wszyscy myślą, że jesteśmy nadal bardzo katolickim krajem, a miejsce kobiety jest w kuchni. Ja za to widzę ogromną zmianę, która tutaj zaszła.

8 lat temu postawiłaś na Berlin. Dlaczego wyjechałaś?

Po raz pierwszy byłam w Berlinie w wieku 13 lat i później jeździłam tam co roku. Przed maturą już wiedziałam, że chcę wyjechać na stałe, bo czuję się tam fantastycznie. Tutaj z kolei miałam potworną depresję, czułam, że jeśli zostanę to po prostu koniec. Tak naprawdę chciałam wyjechać gdziekolwiek. Najpierw planowałam Szwajcarię, ale miałam ogromne szczęści i dostałem pracę au pair w Berlinie i pomyślałam: jadę! I tutaj się zaczyna Berlin dream, czyli bez pieniędzy, bez języka, bez znajomych zaczęłam tam na nowo budować swoje życie. Zaczęłam studiować, poznałam mojego pierwszego chłopaka. To właśnie on organizował tzw. supper clubs. Niemal od razu przejęłam jego projekt i po roku powstały Polish Thursday Dinners.

Jaka idea stała za Polish Thursday Dinners?

Jako Polka za granicą podczas pierwszych miesięcy w Berlinie, strasznie wstydziłam się swojego pochodzenia. Wydawało mi się, że uprzedzenia i stereotypy są bardzo silne. Z moim przyjacielem, Donaldem wpadłam na pomysł, żeby stworzyć coś, co pokaże Polskę z tej innej, fajnej strony. Uświadomiłam sobie, że nie mogę negować swojej tożsamości.

Generalnie chodziło o spotkanie się grupy osób przy stole, na którym pojawiały się polskie dania. Na kolacje wybieraliśmy zawsze miejsca, które nie były restauracjami, czyli galerie sztuki, prywatne mieszkania artystów, parki, wszystko, co było ciekawe. Dla mnie jedzenie zawsze było tłem do dyplomacji kulinarnej. Chciałam, żeby ludzie zaczęli interesować się Polską, a jedzenie jest świetnym środkiem komunikacji. Widziałam, że na organizowane wystawy czy koncerty prawie nikt nie przychodził. A na Polish Thursday Dinners owszem – często podczas posiłku urządzałam krótki występ, sama śpiewałam. Na początku kolacje nie były skierowane do Polaków, ale oni z czasem też zaczęli się pojawiać, mówili: „O, wreszcie coś ciekawego polskiego”.

Przygotowywałaś dania własnoręcznie?

Gotowałam na początku podczas kolacji, później przez krótki czas pracowałam w bistro. Wydaje mi się, że mam całkiem niezły smak. Poza tym lata 2015 i 2016 to czas, kiedy wszyscy chcieli być szefami kuchni, ja też (śmiech). Moją wielką inspiracją był Aleksander Baron. Nie widzę siebie jednak na co dzień w kuchni, jest to zbyt męcząca praca. Zajęłam się więc tylko organizacją wydarzeń. Zaczęłam zapraszać do siebie szefów kuchni z różnych stron świata – ich zadaniem było stworzenie menu inspirowanego kuchnią polską. Oczywiście wszystko na wariackich papierach, szefowie spali u mnie w mieszkaniu (śmiech). Udało mi się ściągnąć do Berlina też polskich kucharzy m.in. Maćka Nowickiego, Flavię Borawską, Wita Szychowskiego. Obiady Czwartkowe stały się bardzo kulinarną imprezą z fine diningową kuchnią.

Skąd się wzięła Twoja pasja do jedzenia?

Przed założeniem klubu kolacyjnego nie gotowałam. To jest paradoks. Miałam anoreksję w liceum przez kilka lat, zresztą zawsze mówiłam, że nigdy nie będę tą stereotypową kobietą w kuchni. Mierziła mnie rola gosposi. Ale później naturalnie weszłam w świat gastro, z jednej strony przez różne dodatkowe fuchy, z drugiej dzięki mojemu chłopakowi, który pokazał mi scenę gastronomiczną w Berlinie. Musiałam się zainteresować.

Pamiętam pierwszą kolację, którą ugotowałam. Zrobiłam ją u siebie w mieszkaniu i zaprosiłam tylko 10 osób. Kolacja odbywała się pod hasłem „New Polish” i zaczynał ją chłodnik. Później za to był mój boski burger w czarnych bułkach. Chciałam w nim zawrzeć esencję polskich smaków. I pewnego dnia na kacu (śmiech) wymyśliłam taki mix: rukola, limonkowy majonez, śledź w limonce z chilli i miodem, oscypek z grilla, karmelizowana cebula, ogórek kiszony, kolendra. Potwornie się bałam, bo tę kolację zabukowała akurat grupa Polaków. Byłam przygotowana, że pewnie mnie oskarżą „To nie jest polska kuchnia”, ale nie. Byli zachwyceni. Przyjaźnimy się do dziś. Lubię gotować, ale nie wyobrażam sobie robić tego profesjonalnie.

Dlaczego postanowiłaś wrócić do Warszawy?

Przeprowadziłam się do Warszawy, ale tu nie mieszkam. Oznacza to tyle, że jestem tu i działam, chcę mieć tu swoją bazę, ale uwielbiam podróżować. W przyszłym roku pewnie na kilka miesięcy udam się gdzie indziej, podoba mi się Mediolan, Wiedeń, zobaczymy.

W Berlinie mnie doceniano, ale poczułam, że doszłam do punktu, w którym potrzebuję nowych doznań. Zresztą wszystko pięknie wygląda z zewnątrz, ale finansowo nigdy mi się to nie opłacało. To była non stop walka. Przykładowo lunch do artykułu w portalu Freunde von Freunden, który rozsławił Obiady na cały świat opłacałam wynajmując swoje mieszkanie na Airbnb. A spałam u swojego chłopaka (śmiech). Pierwsze kolacje też były wyzwaniem. Zawsze się śmiałam, że ktoś kiedyś zrobi o tym film jak Donald przywoził w walizkach kiełbasy, przetwory od babci itd. Ludzie widzą tylko efekt końcowy, a o wysiłku, który się za tym kryje nie myślą.

Teraz działam tutaj. Wspólnie z Aleksem Tomaszkiewiczem i Łukaszem Leskierem założyliśmy fundację na rzecz kultury i sztuki, Towarzystwo Przyjaciół Kilku. To jest autentyczna nazwa z XVIII w., którą posługiwali się goście Obiadów Czwartkowych. Ja zajmuję się organizacją, Aleks muzyką, a Łukasz jest dyrektorem artystycznym. Od września będą odbywać się Obiady Czwartkowe w Pałacu w Łazienkach, w tym roku zrobimy cztery takie wydarzenia. Będzie to połączenie sztuki i kuchni. Na każdym Obiedzie przedstawimy jednego artystę, planujemy m.in. wystawę fotografii i pokaz mody. Obiad będzie spektaklem, nareszcie na takim poziomie na jakim zawsze chciałam to robić.

Kto z szefów będzie gotował podczas nowych Obiadów Czwartkowych?

Między innymi Wit Szychowski i Andreas Rieger, to nasza pierwsza para. Potem Przemysław Klima, albo z Sebastianem Leyerem z Berlina albo z Konstantinem Filipou z Wiednia, później Maciej Nowicki i jeszcze kilka innych osób. Dobieram ich tak, żeby się polubili i mieli ze współpracy dobrą zabawę. Zawsze opowiadam zagranicznym szefom o historii polskiej kuchni – np. Andreasa tak to zafascynowało, że zaczął czytać dzieła Paula Tremo, kucharza Poniatowskiego i kolacja będzie inspirowana właśnie jego daniami.

Czy na Nowe Obiady Czwartkowe będzie można kupić bilety?

Tak, ale całkowita liczba gości to 40 osób, z tego tylko 10 miejsc będzie do kupienia.

Twój projekt jest już znany w wielu krajach. Sama mówiłaś wielokrotnie, że chciałabyś zorganizować kolację w Londynie czy Wiedniu. O czym marzysz?

O wszystkim. O ekspansji na cały świat, mam bardzo imperialistyczne plany (śmiech). Widzę ogromny potencjał Obiadów Czwartków na całym świecie. Na pewno chcę kuchnią polską jednoczyć ludzi i zmieniać wizerunek samej Polski. A kiedyś chcę być prezydentem (śmiech).

Polski? Pytam, bo nie jest to takie oczywiste.

Tak. Chociaż właściwie nie, świata. Nie chcę reprezentować tylko jednego kraju.