Łotwa mnie zaskoczyła. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się niczego konkretnego. Z nieukrywanym wstydem i dozą zażenowania muszę przyznać, że wcześniej ten kraj nie interesował mnie jako turystyczna destynacja, ba, właściwie nie interesował mnie wcale. Nigdy nie ciągnęło mnie na wschód. Z Łotwą miałam jednak coś wspólnego – podczas pobytu we Francji (sic!) poznałam Astrę Spalvenę, specjalistkę od historii jedzenia na Łotwie. Zaprzyjaźniłyśmy się i to właśnie dzięki Astrze mogłam zobaczyć Łotwę z innej perspektywy.

Łotwę, a właściwie Rygę. W stolicy mieszka 2/3 mieszkańców całego kraju, więc poniekąd można powiedzieć, że jeśli poznaliście Rygę, to poznaliście też Łotwę.

Do biblioteki marsz!

Poznawanie Rygi warto zacząć klasycznie. Mimo, że zwykle staram się znajdować alternatywne trasy, a obiekty, które „trzeba zobaczyć” wprawdzie oglądam, ale bez większego entuzjazmu (oczekiwania w zderzeniu z rzeczywistością zawsze kończą rozłożone na łopatki), to w Rydze nawet te turystyczne punkty okazały się nieoczywiste.

No bo, czy ktoś przyjeżdżając zobaczyć miasto, kieruje swoje kroki do biblioteki? Biblioteka Narodowa mieści się tuż nad przepływającą przez miasto Dźwiną w budynku powstałym w 2014 roku. Na oryginalny projekt, przypominającej górę zwieńczoną koroną biblioteki wpadł Gunnar Birkerts, pochodzący z Łotwy architekt (którego większość projektów znajduje się jednak w USA). Biblioteka wygląda imponująco z zewnątrz, ale i robi też ogromne wrażenie po wejściu do środka. W wysokim holu uwagę przyciąga umiejscowiony nad głowami czytelników kilkupoziomowy regał za szkłem. To tzw. „Półka ludzi” (People’s Bookshelf), pierwsza i prawdopodobnie jedyna na świecie, która ma swoją stronę internetową! Książki do tego regału dostarczyli sami czytelnicy, a trzeba pamiętać, że poziom czytelnictwa na Łotwie jest bardzo wysoki. Początkowo książki przynoszono do poprzedniego budynku biblioteki, natomiast do nowego postanowiono je przenieść w styczniu 2014 roku. Pomysł był taki, żeby ludzie przekazywali sobie książki z rąk do rąk, tworząc łańcuch. Na ponad dwukilometrowym odcinku ustawiło się niemal 30 000 osób. Przekazano sobie 2000 książek. Organizatorzy nie przewidzieli tylko jednego – że książki nie będą po prostu podawane dalej, ale też oglądane i omawiane. Całe wydarzenie trwało 5 godzin, mimo kilunastostopniowego mrozu.

W Bibliotece Narodowej obejrzałam też, wprawdzie przez szybę, ale zawsze, zbiór łotewskich folkowych piosenek, tzw. dainas, umieszczonych w specjalnej szafce z niezliczoną ilością szufladek. Dainas są niezwykle ważne dla Łotyszy jako zachowany element folklorystycznej tradycji. To króciutkie, zaledwie cztero-, sześciowersowe piosenki, które opisują rytuały, etapy ludzkiego życia czy coroczny cykl natury.

Najbardziej ujął mnie w bibliotece pomysł stworzenia przestrzeni dla skaterów. Otóż przed biblioteką znajduje się plac z barierkami, wprost idealny do jazdy na desce. I zdarzyło się tak, że pewnego dnia skaterzy złamali jedną z poręczy. Biblioteka zamiast ich wyrzucić ze swojego terenu, zamontowała mocniejsze barierki i wydzieliła teren, po którym mogą jeździć. Można?

Torty w centrum miasta

W Rydze wybierzcie hotel blisko ulicy Elisabetes – będzie dobrą bazą wypadową do długich spacerów, a budynki w stylu art nouveau napotkacie tu na każdym kroku. To kolejny, dla mnie chyba największy plus tego miasta. Większość zabudowy jest niska, a przy tym piękna, bo secesyjna. Wybierzcie się, najlepiej z przewodnikiem, na spacer po ulicy Alberta, gdzie znajdziecie przepiękne kamienice, a także Muzeum Art Nouveau. Budynki wyglądają jak wielkie, bogato polukrowane torty. W pastelowych błękitach i różach z białymi, „cukrowymi” ornamentami. Najpiękniejsze są te zaprojektowane przez Mikhaila Eisensteina, zwanego „szalonym cukiernikiem architektury”, ojca słynnego reżysera.

Udało mi się też odwiedzić Narodowe Muzeum Sztuki. Pomijając same zbiory (chociaż sztuka łotewska jest bardzo ciekawa) na uwagę i docenienie zasługuje pomysł rozbudowy muzeum. Ponieważ nie ma możliwości dobudowania do budynku żadnej nowej części ze względu na jego zabytkowy charakter, postanowiono dobudować… piwnicę. A właściwie spore pomieszczenie podziemne, w którym znajdują się wystawy sztuki współczesnej. Przez przeszklone ściany możecie też zobaczyć obrazy znajdujące się w muzealnym magazynie.

Warto również zerknąć na starówkę, gdzie obejrzycie m.in. Plac Ratuszowy z imponującym Domem Czarnogłowych, czyli kupców. Nie zapomnijcie też o zobaczeniu Pomnika Wolności. Powstał dzięki zbiórce pieniędzy w 1935 roku na cześć poległych w walce o niepodległość. Niektórzy twierdzą, że przetrwał wszystkie polityczne zawirowania właśnie dlatego, że powstał z woli ludzi, z ich dobrowolnie przekazanych pieniędzy. Statua wznosi ku niebu trzy gwiazdy – symbole łotewskich regionów.

Pollock na przystawkę

Ryga trzeba zwiedzać chodząc. Na moją wątpliwość, że restauracja, do której się wybieramy znajduje się spory kawałek od hotelu, Astra reaguje zdziwieniem – tu przecież wszędzie można dojść pieszo. Ma zresztą rację, bo spacery po Rydze to prawdziwa przyjemność.

Siadamy przy stoliku w The Three Chefs, jednej z najbardziej znanych i uznanych restauracji w Rydze, serwującej kuchnię łotewską w nowoczesnej odsłonie. Jestem lekko zdziwiona, bo na stole nie ma nakryć – szklanek, sztućców, niczego. Po chwili lądują przed nami duże kartki papieru, woskowanego. Kładę dłonie na stole, dotykając papieru, ale natychmiast strofuje mnie przyjaciółka. Czekam. Po chwili przy każdym z nas staje kelner i zaczyna się. Jackson Pollock w akcji – jedyna różnica w tym, że zamiast farb są sosy, a za pędzel służy łyżka. To danie jest naszą przystawką, używamy kawałków pysznego chleba, by zetrzeć kolorowe mazy i stworzyć własną kompozycję. Zjecie tu np. carpaccio z buraka z kozim serem i płatkami owsianymi lub stek z tuńczyka z humusem i salsą kaparowo-sardynkową.

Podobnie jak w Polsce, na Łotwie również dopiero od niedawna panuje moda na powrót do kuchni łotewskiej. Udało mi się jej spróbować w również w Restaurant 3. Zbieżność nazw nie jest przypadkowa, gdyż obie restauracje należą do tego samego właściciela. W „Trójce” menu oparto na produktach pochodzących z łotewskich lasów i pól.

– Dla nas to nie była żadna rewolucja, tylko odniesienie do starej tradycji. Zbieractwo mamy we krwi – wyjaśniał jeden z szefów kuchni, Juris Dukalskis. Co ciekawe, drugim dowodzącym w kuchni jest Eriks Dreibants, który wspólnie z Martinsem Sirmaisem i Artursem Trinkunsem tworzy trio w The Three Chefs. A co z samym jedzeniem? Jest świetne! Na stole pojawiają się m.in. lody chrzanowe – mix ostrego smaku i kremowej konsystencji,  chrupkie rzodkiewki czy popcorn z glonami. Ta ostatnia przekąska pokazuje, że choć głównym punktem menu zdecydowanie są sezonowe i lokalne produkty, w większości zbierane przez załogę restauracji, to istotą tutejszej kuchni jest łączenie ich z tymi, które tych warunków nie spełniają.

Daniem, które zapamiętam na długo był olśniewający krab, którego mięso roztapiało (rozpływało to nie jest właściwe słowo) się na języku. Podany ze świeżymi ogórkami, listkami nasturcji i kwaskowo-słodkim sosem był krabem mojego życia. 

Dobrych restauracji w samej Rydze jest całkiem sporo. Znajdziecie tu fantastyczne curry, pyszne falafele, a nawet… kawę w formie batonika. Tak, tak, to nie żart. W kawiarni Miit Coffee wymyślono skondensowane espresso – mały batonik zawiera dokładnie tyle samo kofeiny. Na lunch wybierzcie się natomiast do restauracji Biblioteka no. 1, żeby zjeść prosty posiłek w pięknych okolicznościach przyrody - lokal mieści się w środku parku.

Galaretka pachnąca bzem

Miejskie nowoczesne restauracje to jednak nie wszystko. Koniecznie zaplanujcie wizytę w jednym z dworków, których na Łotwie jest całkiem sporo. Wybierzcie urokliwy Mālpils Manor, nie tylko ze względu na piękne otoczenie, ale przede wszystkim znakomitą restaurację, której szefuje Aija Gabrāne. Jak ta kobieta gotuje! Znacie to uczucie, kiedy jedząc kolejne dania, macie wrażenie, że to co dostajecie na talerzach jest czymś więcej niż jedzeniem? Że stoi za nimi przemyślana koncepcja i jednocześnie silna osobowość kucharza? Jeśli jeszcze czegoś takiego nie doświadczyliście, odwiedźcie Mālpils. Zjadłam tu carpaccio z jelenia z kozim serem i kurkami, wspaniałą rybę z soczewicą i deser, który na długo pozostanie w mojej pamięci - galaretkę z kwiatów czarnego bzu, podaną z pianą z białek i sosem z ginu i kawy (tak, to ta ze zdjęcia głównego). 

Menu pokazuje filozofię szefowej - ma być lokalnie, z produktów uzbieranych samodzielnie, nawiązując do lasu i dzikiej natury. Co ważne, w dworku można również wynająć jeden z bogato urządzonych pokoi. Mieć takie jedzenie pod samym nosem, codziennie? Poproszę!

A dla tych, którzy szukają niecodziennych kulinarnych doznań Łotwa ma Obiad na jeziorze, czyli Dinner on the Lake. Są to kolacje odbywające się od maja do września na jeziorze Kala. 3,5-godzinna kolacja składa się z sześciu dań i jest przygotowywana przez najlepszych łotewskich szefów kuchni. Każdorazowo na specjalnej drewnianej tratwie mieści się 28 osób, więc jak łatwo możecie sobie wyobrazić rezerwacji należy dokonywać jeszcze w zimie.

Na targ z szefem kuchni

Restauracje restauracjami, szefowie szefami, ale gdzie bije kulinarne serce miasta, jak nie na miejskim targu? W Rydze jest on wyjątkowy. Riga Central Market mieści się bowiem w halach wybudowanych podczas I wojny światowej. Armia niemiecka zamierzała trzymać w nich samoloty bojowe, zeppeliny. Hal jednak nigdy nie użyto w tym celu. I dobrze, bo w 1930 roku w hangarach otwarto jeden z największych targów spożywczych w Europie. Market został podzielony na 5 tematycznych pawilonów – z warzywami, mięsem, nabiałem, rybami i innymi produktami. Da się tu znaleźć naprawdę wszystko, łącznie z dziwnymi rodzajami grzybów i górami kiszonej kapusty (Łotysze kochają kiszonki tak jak my).

Na targ koniecznie wybierzcie się z przewodnikiem. Wykupcie wycieczkę ze smakoszem lub profesjonalnym szefem kuchni – podczas 1,5-godzinnego spaceru pokażą wam, gdzie kupić najlepsze produkty i podpowiedzą, co z nich potem ugotować. Jedną ze specjalności kuchni łotewskiej są ryby. Różne, ale jeśli chcecie zjeść coś tradycyjnego, postawcie na minogi. Te podłużne, wyglądające srebrzysty pasek ryby mają bardzo charakterystyczny, mdławy smak. Zazwyczaj zatopione są w złocistej galaretce. Możecie też spróbować wersji z grilla - ryby potrzebują zaledwie kilka minut na ruszcie. Zjedzcie je tak, jak robią to uczestnicy turniejów jedzenia tych ryb, odchylcie głowę i włóżcie do ust rybę niczym cyrkowi połykacze mieczy. Spokojnie, nie musicie zjeść całej na raz!

Innym charakterystycznym smakołykiem są nasiona konopi. Na targu kupicie je m.in. w formie pasty, którą można wykorzystać do kanapek. Popularny jest też sok z brzozy, zarówno w wersji świeżej, lekko gazowanej, jak i fermentowanej - przypomina wtedy ocet balsamiczny.

Prawdziwym królem turystycznych pamiątek kulinarnych jest jednak Black Balsam, ziołowy alkohol. Ten 45-procentowy likier rzeczywiście ma czarny kolor i jest odpowiednio do niego gorzki. Dobrym pomysłem jest dodanie niewielkiej ilości do kawy, dobrze podkreśli jej smak. Producent wychodząc naprzeciw oczekiwaniom zwłaszcza młodych ludzi, którzy niespecjalnie przepadają za oryginalną recepturą wprowadził na rynek balsamy smakowe. Ten z czarną porzeczką jest wyjątkowo pijalny!

Ostatnie zdania tego tekstu dopisuję właśnie z filiżanką kawy z kroplą balsamu w ręku. Ten cierpki smak przypomina mi Rygę. Jestem przekonana, że wrócę do tego miasta nie raz. I coś mi się wydaje, że Łotwa może wkrótce stać się destynacją wybieraną przez foodies z całego świata. Nie zwlekajcie, bądźcie tam przed nimi!