W kuchni zawsze jest ciekawiej. To tutaj można posłuchać, o czym opowiada ogrodnik i podpatrzeć jak sprawnie i szybko powstają kopytka na obiad. Córka pisarza Jarosława Iwaszkiewicza wspomina kuchnię sprzed ponad 80 lat, a przy okazji zdradza przepisy na ulubione dania ojca.

Jedzenie u Iwaszkiewiczów zawsze było ważnym elementem życia. Życia, dodajmy, bardzo bujnego, obfitującego w przyjęcia, rauty, spotkania z intelektualistami, podróże. Szczególnie dużo działo się szczególnie w okresie międzywojennym – to jeszcze czas zatrudniania służby i jedzenia co najmniej czterech posiłków dziennie, w tym podwieczorku. Ze wspomnień Iwaszkiewiczówny wyłania się obraz sielskiego domu, w którym różnego rodzaju smakołyków i pysznych dań nie brakowało.

Konfitury Jarosława Iwaszkiewicza

Na kształt wspomnień autorki duży wpływ miał okres okupacji. Wielu produktów po postu nie dało się zdobyć, inne kupowane w miejscach, gdzie normalnie nikt nie spodziewałby się ich znaleźć – w księgarni czy u szewca. Autorka opowiada o panu Rulikowskim, który handlował winem i to nie byle jakim. Dzięki niemu w domu Iwaszkiewiczów nawet podczas okupacji na stole pojawiały się doskonałe gatunki wina.

W tym okresie powstał również słynny przepis na kurę po literacku, dzięki któremu nawet „stare i chude kury” stawały się smaczne. Receptura zakłada obsmażenie mięsa oraz warzyw z boczkiem, a następnie zalanie wodą i duszenie, aż mięso zmięknie.

Innym przysmakiem autora „Panien z Wilka” były ogórki z miodem i sałatka „z płytkiego morza”. Córka pisarza sądzi, że przepis na sałatkę powstał w wyniku kulinarnej improwizacji – paluszki krabowe i krewetki z dodatkiem zielonego groszku, sałaty i orzechów. Najzabawniejsze jest jednak to, że sam Iwaszkiewicz gotować nie umiał. Jego córka przytacza historię smażenia przez poetę konfitur. Iwaszkiewicz zostawił je na gazie, po czym udał się pisać. Konfitury wykipiały, ale pisarz ze stoickim spokojem umieścił je z powrotem w garnku „zgodnie z założeniem, iż ewentualne zarazki się wygotują”. Finalnie konfitury były dobre w smaku, ale tak gęste, że trudno było wyjąć je ze słoika.

Maria Iwaszkiewicz wspomina także znikającą współcześnie instytucję podwieczorku. Przed wojną jedzono na podwieczorek pieczywo z masłem, miodem i konfiturą, często także owoce czy domowe ciasto.  Iwaszkiewicz ze szczególnym sentymentem mówił o konfiturach swojej matki, która ponoć była w ich przygotowaniu prawdziwą mistrzynią. Autorka podkreśla zresztą, że przygotowywanie konfitur było przywilejem pani domu – ona sama zaraz po wyjściu za mąż kupiła specjalną mosiężną misę z rączką do smażenia konfitur, ponieważ był to symbol prawdziwego gospodarstwa.

W domu Iwaszkiewiczów szczególnym czasem były święta. Na stole królowały prawdziwe smakołyki – kutia, śledzie z bryndzą i pierniczki toruńskie na Boże Narodzenie, szynkę w cieście, pomarańczowy mazurek, Jednym z odświętnych deserów była także legumina czekoladowa w kształcie baby.

Kucharz Kucharski

Trudno mówić o stole Iwaszkiewiczów bez wspominania kucharzy, którzy gotowali dla rodziny. Historia zaczyna się jednak od kucharki – Pawłowej. Z rodziną Iwaszkiewiczów związała się aż na trzydzieści lat, najpierw gotując w warszawskim mieszkaniu, a później w domu na Stawisku w Podkowie Leśnej. Jej popisową potrawą była zupa neapolitańska, czyli chudy rosół z makaronem, tartym serem i śmietanką. Charakterna kucharka twierdziła m.in., że placki ziemniaczane są niegodne pańskiego stołu, a ukochanemu kogutowi zrobiła posłanie pod drzwiami. 

Jednym z nich był Władysław Kucharski, wcześniej kucharz m.in. Radziwiłłów, który zaczął pracować dla pisarza w latach 30. W Kopenhadze, gdzie Iwaszkiewicz pełnił funkcję sekretarza poselstwa RP. To jeszcze kucharz w starym stylu, konsultujący menu z panią domu i przygotowujący wyszukane potrawy. Kucharski uważał, że dania powinny być dopasowane do siebie kolorem (przykładowo biała zupa i kurczak na drugie danie sprawią, że cały posiłek będzie wydawać się mdły) i podawane w odpowiedni sposób –  do kompotu zawsze musiały znaleźć się na stole kruche ciasteczka, najlepiej z różnokolorowymi polewami. Maria Iwaszkiewicz pisze też o jednym z jego przepisów na omlet z jajkiem sadzonym wewnątrz, posypany kawałeczkami jajka na twardo.

W książce znajdziemy jednak wiele prostych przepisów na tradycyjne dania lub wariacje na ich temat.  To właśnie w prostocie (naprawdę!) tkwi tutaj siła. Zresztą perfekcyjnie przygotowane klasyki możemy podać w niestandardowy sposób – Iwaszkiewicz proponuje omlet z owocami jako ukoronowanie kolacji czy kawior z bakłażanów na przystawkę. Ja do swojej listy „potraw do zrobienia” wpisałam m.in. zupę jagodową, przygotowywaną z jagód, czerwonego wina, cukru i śmietanki – brzmi tak sobie, ale coś czuję, że warto.

W „Kuchni Iwaszkiewiczów” autorka kilka razy mówi o książkach nigdy nie napisanych. Bardzo żałuję, że nie zdecydowała się na stworzenie dzieła poświęconego zbiorowi menu kolacji, na których bywał Iwaszkiewicz. Albo na spisanie, jak sama to określa, „wspomnień z kuchni” widzianej oczami zafascynowanego dziecka. „Kuchnia Iwaszkiewiczów” jest raczej zbiorem osobistych okołokulinarnych impresji i rodzinnych przepisów. Przypomina nam o czasach, których już nie ma i pozwala poznać Jarosława Iwaszkiewicza od nieco innej, zaskakującej strony.