Do idei placków podobnych do pizzy, ale cieńszych podchodziliśmy z dozą nieufności. Przekonaliśmy się jednak do nich już po pierwszym kęsie. I bez względu na to, czy jemy klasyki ze śmietaną, czy te z salsą pomidorową, niezmiennie nam smakują.

Placek z Alzacji

Nazwa Flamm wywodzi się od flammkuchen i  tarte flambée, czyli w dosłownym tłumaczeniu "ciasta pieczonego w ogniu". Cienkie placki pochodzą z Alzacji. Pieczone krótko w porządnie rozgrzanym piecu są potrawą często spotykaną na tamtejszej wsi. Okazuje się jednak, że w wielkim mieście również zyskały grono zwolenników. 

Flamm jest przytulnym miejscem z kilkoma zaledwie stolikami, w którym chętnie jemy lunch lub kolację. Placki podawane na drewnianych deskach są pokrojone na zgrabne kwadraciki i zachęcają do dzielenia się ze współbiesiadnikami.

Po francusku czy po włosku?

Do warszawskiego Flammu polecamy wybrać się na tradycyjny placek z cremé fraiche, paskami boczku i cebulką - to po prostu bardzo smaczna podstawowa wersja. Spróbujcie również pożywnego flammu z sezonowaną wołowiną, salsą i porem. Smakosze z kolei zachwycą się plackiem z camembertem, gruszką i sosem malinowym - całość posypana jest orzechami włoskimi.  

Można tu też zjeść wariacje na temat klasycznej włoskiej pizzy. Flamm z sosem pomidorowym i boczkiem, szczodrze posypany rukolą jest pyszny. W dodatku, przez to, że jest naprawdę cienki, bez problemu zjadamy całą porcję i czujemy się lekko - z pizzą nie byłoby tak łatwo!

Flamm proponuje też lunche, a także, dostępne przez krótki czas, flammy sezonowe. My ostatnio trafiliśmy na flamm z kurczakiem, kukurydzą i czerwoną cebulą. Do dania możemy zamówić wodę smakową ze świeżymi dodatkami lub lemoniadę.

Flammy zjecie w cenie 19-25 zł, warto też wpaść do lokalu w porze lunchu, wtedy w atrakcyjnej cenie zjecie też zupę czy sałatkę. Aktualnie Flamm ma dwie lokalizacje - w Hali Gwardii oraz przy ul. Postępu 10.