Magda Pomorska: Twoje ulubione trzy smakołyki to zielone koktajle, pierogi i czekolada. Jak zachowujesz równowagę wśród swoich comfort food?

Magdalena Gembacka: To są rzeczy, które lubię, a jednocześnie pokazanie różnorodności.  Na pierwszy plan super zdrowe koktajle, które uwielbiam i mam związany z nimi rytuał w domu – często przed wyjściem rano z domu to właśnie koktajle idą w ruch. Kolejno pierogi, czyli moje zdecydowanie pyszne wspomnienie z dzieciństwa. Moja mama zawsze gotowała mi pierogi i sama lubię je robić. Do farszu wybieram soczewicę, grzyby, czasem kaszę gryczaną. A na koniec, choć nie mniej ważna, czekolada – bo od czasu do czasu można zaszaleć. Dla mnie te trzy przysmaki w naturalny sposób się równoważą. Sposób odżywania musi być zdrowy i powinien służyć organizmowi, ale jednocześnie jedzenie musi dobrze smakować i nie możemy mieć poczucia, że czegoś nie możemy. Ograniczenia czy pojęcie „jestem na diecie” źle nam się kojarzy. Polecam taki styl odżywania, aby kosztować jedzenie, zwracać uwagę, jak się po nim czujemy i czy na przykład tęsknimy za czym, jak długo tego nie jedliśmy. Jeśli mamy ochotę na kulinarną przyjemność, nie wzbraniajmy się, ale zachowajmy równowagę w ogólnym jadłospisie. Najważniejsze są proporcje i te powinniśmy zachować.

Podpowiadasz, jak uczyć najmłodszych miłości do warzyw na talerzu, ale czy i Tobie zdarzają się czasami problemowe sytuacje?

To nie jest tak, że nasz jadłospis jest zawsze w 100 procentach idealny. Moje dziecko ma 10 lat i dostaje pieniążki na swoje drobne wydatki, czy to w szkole, czy na wyjazdach na obóz, a tam spotyka się nieraz z niezdrową żywnością. Jest ciekawy, próbuje zazwyczaj słodyczy – do hot dogów czy chipsów raczej go nie ciągnie. Pewnych rzeczy w ogóle nie dotyka, jak np. gazowanych napojów, co mnie cieszy. Nie robię z tego powodu awantur czy wyrzutów, bo wolę porozmawiać na ten temat. Podkreślam, że od czasu do czasu może przetestować, ale musi wiedzieć, jak konkretny produkt wpływa na jego zdrowie. Często on sam już zwraca uwagę rówieśnikom, że coś jest niezdrowe. W codziennych sytuacjach, a zwłaszcza tych kuszących słodyczach przy kasie w sklepie, podkreślam wagę budowania świadomości na temat tego, co w jedzeniu się znajduje. Widzę, że te nawyki wchodzą w życie. Cieszy mnie, kiedy mogę obserwować, jak mój syn podejmuje pierwsze decyzje z zakresu „zdrowe jedzenie”. W trakcie powrotnej podróży z wakacji zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Kacper był głodny i zamówił sobie kanapkę – była możliwość samodzielnego wybrania składników i jaka była moja radość, że postawił tylko na warzywa. I w rozmowach z kolegami padają właśnie te zdrowsze propozycje – nie typowo hamburgery i chipsy, a np. wegetariańskie sushi. Nawet jak się bezpośrednio zetknie z niezdrową żywnością, to jest w porządku. Bywa, że jak coś będzie kategorycznie zakazane, to automatycznie staje się jeszcze bardziej atrakcyjne dla dziecka. Tego błędu lepiej nie popełniać.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Magda Gembacka (@ammniam)

Świadomość ważna jest też wśród dorosłych. Raz po raz pojawiają się kolejne wyniki badań dotyczące zdrowej żywności, w tym lista „Parszywa Dwunastka”. Co o tym sądzisz?

Warto podkreślić, że instytucja, która przeprowadzała te badania, skupiała się na rynku amerykańskim, a tam są nieco inne warunki niż w Polsce - czy szerzej - w Europie. Zdecydowanie patrzę z rezerwą na tego typu publikacje. Co do naszego rodzimego podwórka, to dobrze, że powoli obala się mit, że warzywa w Polsce są pełne pestycydów – dostępność do tych jakościowo dobrych i zdrowych produktów jest naprawdę łatwiejsza. Badania pokazują też, że nawet jeśli śladowe ilości sztucznych substancji znajdują się w warzywach, to mimo wszystko warto je jeść. Dostarczają bowiem takich składników odżywczych i tak wzmacniają naszą odporność, że my w żadnej inny sposób nie jesteśmy w stanie inaczej dostarczyć sobie tych mikroelementów czy witamin. Szczególnie też antyoksydantów, związków przeciwzapalnych czy antynowotworowych. Nie demonizujmy więc, tylko szukajmy sprawdzonych sprzedawców, a w miarę możliwości uprawiajmy też sami warzywa.

Ale warto też zwrócić uwagę na sezonowość.

Zdecydowanie! Przede wszystkim warzywa i owoce są w sezonie najtańsze, najlepiej smakują. Lato, jesień to czas, kiedy najbardziej nieprzekonane osoby powinny spróbować włączyć do diety więcej warzyw. Gdy wchodzę na bazarek, to dosłownie dostaję ślinotoku (śmiech). Jest taki wybór, że od razu do głowy przychodzi mnóstwo pomysłów.

Przejdźmy do książki i tytułowego „Więcej warzyw na talerzu”. Jak najprościej wcielić to w życie?

Jeśli założymy, że dzieci nie jedzą warzyw lub w jadłospisie rodziny pojawiają się one bardziej z przymusu, to przede wszystkim musimy wiedzieć, że zmiana menu to proces. To nie będzie tak, że podamy raz danie w pełni warzywne, a efektem będzie ekspresowa uczta i prośby o dokładkę. Wymaga to od nas pracy i cierpliwości, natomiast polecam podejść do tego bez stresu. Jakiekolwiek zmuszanie, że coś musimy zjeść, nie przyniesie dobrego skutku. Przede wszystkim luz, a potem stopniowo, kolejnymi krokami. Warto próbować łączyć dotychczasowe produkty z warzywami, które do tej pory w ogóle nie pojawiały się w kuchni. Nowe smaki, nowe konsystencje powinny być bardziej eksponowane. Do dania głównego – nawet pierogów- podajmy ładnie przystrojone miseczki z surówkami i sałatkami. Dajmy dzieciom wybór, ale przede wszystkim jedzmy też tak sami. Najlepszy jest przykład rodzica, bo gdy pociechy widzą, że mama czy tata zajada się warzywami, same chętniej sięgną po te zielone produkty. Wyjątkowo ważne są te wspólne chwile, wspólne posiłki, przy zamienianiu coś, co jest niezbyt zdrowe, na korzystniejsze alternatywy. Dzieci w wielu przedszkolnym i szkolnym lubią dyskutować o otaczających ich świece i dotyczy to też kulinariów. Jeśli wyjaśnimy im, że będziemy jeść inaczej, żeby np. nie bolała nas głowa, nie mieć problemu z uszami czy kataru, one na łatwych do wyobrażenia przykładach zobaczą korzyści płynące z jedzenia nowych, zdrowszych posiłków. Polecam też wspólne gotowanie – to takie najbardziej bezpośrednie, naturalne zetknięcie się z warzywami i gwarantuję, że z czasem pozwoli uzyskać najlepszy efekt w menu całej rodziny.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Magda Gembacka (@ammniam)

 Zdarza się, że rodzinnie jemy też coś na mieście. Zwracasz uwagę, że menu dziecięce w lokalach to często ten sam, niezdrowy schemat. Co Ty byś zaproponowała dla restauracji  w ramach małej rewolucji w karcie?

Ragù z soczewicy, bo podobno smakuje jak klasyczne bolognese, czyli jeden z klasyków dla dzieci w restauracji. Podałabym go z ciemnym makaronem. Kolejne danie to sushi – może nieco hipsterskie i nie każdy będzie zadowolony, ale od czasu do czasu naprawdę to może być hit. Wiele osób powie, że dzieci na taki smakołyk się nie skuszą, a jednak w wegetariańskiej wersji ma on sporo zalet – małe kawałki, wygodne do zjedzenia, można doprawić według uznania sosem sojowym. Kontynuując, jednak klasyczne wybory to poleciłabym klopsy – podobne wyglądem do tych z popularnej sieciówki meblarskiej, ale o zupełnie innym składzie. W pełni warzywne, podane z sosem pomidorowym i surówką oraz pieczonymi warzywami.

Zobacz też: Agnieszka Cegielska poleca zdrowe produktu w Naturalnie 2 - książka i wywiad