Dominika Zagrodzka: Coco Chanel, Marylin Monroe, Bjork, Sophia Loren – to tylko niektóre z kobiet, które postanowiłyście opisać w swojej książce kucharskiej. Z którą najchętniej zjadłybyście obiad?
Marianne Pfeffer Gjengedal: Z Fridą Kahlo. Oh, tequilla, przyjaciele komuniści, po prostu dobra impreza (śmiech). I tańce przez całą noc, o tak.

Klaudia Iga Peres: Jane Austen (śmiech). Bo to takie romantyczne, delikatne czasy…

Marianne: Ja jestem zdecydowanie bardziej imprezową dziewczyną jak widać (śmiech).

Klaudia: Za to ja chętnie wzięłabym udział w angielskim podwieczorku, włożyła piękną suknię i wachlowała się przy herbacie. To, którą bohaterkę wybrałyśmy całkowicie odpowiada naszym charakterom.

No właśnie, macie przecież zupełnie inny styl. Widać to choćby po waszych profilach na Instagramie – Klaudia robi zdjęcia jedzenia, które wyglądają jak stare malowidła, za to Instagram Marianne to feeria cukierkowych kolorów. Jak się dogadujecie?

Marianne: Bez problemu. W pracy ciągle musimy zmieniać style, przechodzić od minimalizmu do rozbuchanej dekoracyjności. Wspomniałaś o Instagramie – tam każda z nas kreuje pewien w miarę spójny obraz, ale poza tą estetyką jest wiele innych rzeczy, które mi się podobają. Lubię różne style i okresy w historii sztuki, więc nie jest problemem spotkać się w połowie drogi. W książce to kobiety dyktują styl, nie my.

Klaudia: Mamy w sobie głód tworzenia pięknych rzeczy. To jest kluczem do wszystkich projektów. Nieważne, czy to będzie styl bardziej graficzny czy rokoko, świetnie się rozumiemy, jeśli chodzi o to, jaki efekt chcemy uzyskać. 

Marianne: Bardzo dużo rozmawiałyśmy przed zrobieniem każdego zdjęcia i niesamowite było, jak bardzo się ze sobą zgadzamy. 

W jaki sposób podzieliłyście się pracą przy książce?

Klaudia: Podział był bardzo prosty. Ja tworzę zdjęcia, jestem fotografem, ale stylizujemy wspólnie. Marianne tworzy przepisy i gotuje, napisała też do książki biografie. Przed zdjęciami konsultowałyśmy, jak postrzegamy portretowaną bohaterkę, m.in. w jakich kolorach ją widzimy. Marianne przywoziła na sesję gotowe dania – nie mogłam się tego doczekać, bo mogłam je potem zjeść (śmiech). 

Marianne: Za każdym razem pojawiało się pytanie: „Masz coś słodkiego?” (śmiech) Było dużo dobrej zabawy. Marianne: Podczas pracy nad książką byłyśmy tylko my dwie. Kiedy robisz sesję w studiu, zazwyczaj pracuje z tobą cały sztab ludzi. Taka intymność, na którą mogłyśmy sobie pozwolić przy tym projekcie wyzwala zupełnie inną dynamikę. 

Klaudia: Odkryłyśmy, że możemy całkowicie się przed sobą otworzyć. Towarzyszyło nam ogromne skupienie, ponieważ przygotowania do sesji trwały wiele tygodni - książka powstawała blisko 6 lat.  Pomoc jakiejkolwiek trzeciej osoby tylko by nas rozpraszała. 

Spełniłyście marzenie każdej małej dziewczynki – być choć przez chwilę swoją idolką. Kim wy chciałyście zostać jako dzieci?

Marianne: Fridą Kahlo - zawsze! (śmiech) A jeśli chodzi o zawód, to chciałam być fotografką.

Klaudia: Moim pierwszym marzeniem było pracować w sklepie mięsnym (śmiech). Ale z drugiej strony chciałam być jak Pippi Pończoszanka. Była niezależna, robiła sobie sama naleśniki i miała konia. Silna dziewczynka, która niczym się nie przejmuje. To był mój pierwszy wzór.

Jak to się stało, że zostałyście stylistką i fotografką jedzenia? To stosunkowo nowe zawody.

Marianne: Moja szwagierka, Aina C. Hole zajmuje się fotografią jedzenia. Ja chciałam z kolei pracować jako szefowa kuchni i podczas jednej z rozmów Aina zaproponowała, że powinnam zostać stylistką jedzenia. Ne wiedziałam wtedy, co to za zawód (śmiech). Aina pokazała mi, że stylistka odpowiada za wszystko, co znajdzie się przed obiektywem, ustawia całą scenę, tymczasem fotograf zajmuje się światłem i sprzętem. 

Klaudia: Ja mieszkałam w Norwegii przez siedem lat i w pewnym momencie zaczęłam pracę w studiu fotograficznym Ainy. Jej praca od początku mnie zafascynowała. Wyobrażałam sobie, że w studiu musi  śmierdzieć olejem, albo czymś podobnym, ale przeżyłam miłe zaskoczenie. Okazało się, że studio jest piękne i pachnące, rekwizyty poukładane kolorami. To było coś niesamowitego. Wróciłam do domu i stwierdziłam, że też chcę fotografować jedzenie. Tam spotkałam Marianne. Zaczęłyśmy rozmawiać o naszym wykształceniu, co nas pasjonuje. Z czasem zaczęłyśmy marzyć o tym, żeby mieć swój własny artystyczny projekt poza pracą. Pracujemy głównie przy projektach reklamowych, w których wizja jest z góry określona. Marzyłyśmy o wolności kreatywnej i zrobieniu czegoś artystycznego.

Marianne: To, że pracowałyśmy wcześniej razem, zdecydowanie nam pomogło, dogadywałyśmy się w pół słowa.

Klaudia: Z czasem ten podział na stylistkę i fotografkę zaczął się zacierać. Uczyłyśmy się wzajemnie.

Co byście doradziły osobom, które chcą robić lepsze zdjęcia jedzenia, a może i zajmować się tym co wy?

Klaudia: Fotografować przy świetle dziennym, najlepiej z okna usytuowanego na północy, bo wtedy światło jest najbardziej stabilne. Wyłączamy wszystkie inne źródła światła. Po drugie, oczyścić przestrzeń. Usuwamy wszystkie zbędne przedmioty, które mogą wchodzić nam w kadr. Po trzecie, dodatki. Dwie, trzy lniane ściereczki, które można ładnie udrapować obok talerza.

Marianne: Dodałabym do tego jeszcze inspirowanie się innymi. Wybierz zdjęcia, które ci się podobają i staraj się je naśladować - to dobre ćwiczenie na początek. Zacznij od dań, które same w sobie wyglądają ładnie. Gulasz czy gotowana kapusta nie są dobrym pomysłem (śmiech). Możesz też użyć gotowych produktów jak makaroniki czy czekoladki, które położysz na wierzch np. ciasta.

W waszej książce amerykańska aktorka sąsiaduje z norweską pisarką i francuską projektantką mody. Jaki był klucz wyboru bohaterek książki?

Klaudia: Zawsze pasjonowały nas niezależne kobiety. Dorastając czytałyśmy książki Astrid Lindgren, potem studiując byłyśmy zafascynowane, niezależnie od siebie, Fridą Kahlo. To są silne kobiece postaci. Chciałyśmy powiązać je z tym, czym się zajmujemy, połączyć portrety z fotografią jedzenia. Moja praca magisterska dotyczyła portretów kobiet w historii, więc dla mnie naturalne było, że bez fotografii portretowej się nie obędzie. Zaczęłyśmy sesją zdjęciową o Fridzie i nasz projekt zaczął się rozwijać – miałyśmy apetyt na więcej! 

Marianne: Na nasze wybory składa się wiele czynników. Pochodzimy z różnych kultur – polskiej i norweskiej, więc mamy nieco inne doświadczenia i zaplecze kulturowe. Wybrałyśmy kobiety, z którymi każda z nas ma coś wspólnego, mimo tego, że mamy zupełnie inny styl. Ja wybierałam kobiety-petardy, feministki zaangażowane politycznie, z kolei Klaudia ma słabość do eleganckich, delikatnych kobiet. Starałyśmy się tak dopasować nasze bohaterki, żeby pokazać kobiety z różnych czasów i różnych krajów. Musiałyśmy też wziąć pod uwagę, czy damy radę się do nich upodobnić. Tutaj nie mogło być zgrzytu.

To mnie bardzo zaskoczyło – otwierając książkę spodziewałam się oryginalnych historycznych zdjęć, a tymczasem zobaczyłam wasze fotografie! Przez chwilę, zwłaszcza przy zdjęciu Julii Child, zastanawiałam się, czy to ona czy jednak nie. Skąd pomysł, żeby wcielać się w bohaterki?

Klaudia: Wydaje mi się, że każda z nas ma w sobie taką chęć do przebierania się. Chodzi o to, żeby choć przez chwilę poczuć się jak jedna z bohaterek naszej książki - poczuć siłę Fridy lub delikatność Marii Antoniny. Nie chciałyśmy szukać innych modelek, wiedziałyśmy, że to musimy być my. 

Marianne: Myślę, że wcielanie się w te kobiety pomogło nam je zrozumieć. Musisz zacząć ruszać się jak one, patrzeć jak one, robić podobne miny. Być nimi. K: Poprzez tę książkę zachęcamy kobiety do organizowania przyjęć w stylu wybranej bohaterki. My uwielbiałyśmy się za nie przebierać, więc myślę, że nasze czytelniczki też będą mieć z tego frajdę.

Macie poczucie misji? Taką chęć edukowania i podkreślania roli silnych kobiet w historii?

Klaudia: Tak. Studiując historie kobiet, często nie bierzemy pod uwagę tego, co przeszły. Mówimy o Coco Chanel, że była wyniosła, źle traktowała pracowników, ale patrząc na jej dzieciństwo rozumiemy, skąd to się wzięło. Tak samo Astrid Lindgren, która musiała zostawić swoje dziecko, żeby nie przynieść wstydu rodzinie. Większość przykrych rzeczy, które spotkała nasze bohaterki wynika właśnie z tego, że próbowały wpasować się w społeczne normy, sprostać oczekiwaniom. Musiały wypełniać role narzucone przez społeczeństwo.

Marianne: Zazwyczaj pracujemy z klientami, którzy poprzez reklamę, piękne zdjęcie jedzenia chcą sprzedać swój produkt. Przy tym projekcie szczególnie ważne było dla mnie, aby wybrzmiał w książce aspekt polityczny. Mnie i Klaudię łączy zarówno miłość do jedzenia, jak i silnych kobiet. I obie uważamy, że nasze bohaterki powinny zostać dostrzeżone. Tak naprawdę nie zazdroszczę żadnej z nich. Nie chciałabym się przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Dobrze jest mi tu, gdzie jestem. Jeśli spojrzymy na sytuację kobiet żyjących w tych czasach, co większość naszych bohaterek, to nie jest różowo. Kobiety przecież nie miały np. praw wyborczych. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy chciałabym cofnąć się w czasie i być mężczyzną, odpowiedź byłaby prostsza.

Myślicie, że wasze bohaterki lubiły gotować?

Marianne: Wiele z nich kochało gotowanie. Frida Kahlo gotowała dla swojego męża. Robiła potrawy, które lubił, żeby zapobiec jego zdradom. W naszych przepisach nie ma dań robionych dla Diego Riviery. Zamiast tego postanowiłam przygotować obiad dla Fridy. 
Z kolei Coco Chanel nie lubiła gotować, nie miała zresztą kuchni w Ritzu, w którym przez długi czas mieszkała. Marylin Monroe nauczyła się przygotowywać proste danie w wieku trzydziestu lat. Jane Austen musiała umieć gotować, ale w jej przypadku mówimy też o opiece nad zwierzętami czy uprawie warzyw. Co do Julii Child też nie mamy wątpliwości, to w końcu królowa gotowania.

Marianne, skąd czerpałaś inspiracje do tworzenia przepisów do książki?

Marianne: Im bardziej cofamy się w czasie, tym o źródła trudniej. Poza tym w historycznych książkach znajdziemy dużo więcej informacji o mężczyznach niż kobietach – bardzo zaskakujące, prawda? W przypadku pisarek sprawa jest odrobinę łatwiejsza, bo nie sądzę, żeby Jane Austen czy Astrid Lindgren pisały tyle o daniach, nie jedząc ich. Korzystałam też z oryginalnych książek kucharskich dostępnych w danym czasie. Tak powstały np. receptury do opowieści o Mary Poppins. Musiałam też jednak dużo improwizować i, co najważniejsze, dopasowywać ówczesne przepisy do dzisiejszych warunków. Nie ma przecież sensu ubijać jajek ręcznie przez godzinę, skoro mamy roboty kuchenne. Starałam się jednak, żeby składniki były jak najbardziej naturalne, takie, które łatwo znaleźć w każdym sklepie.

Przedstawionym w książce daniom towarzyszą rekwizyty jakby wprost wyjęte z opisywanych czasów.

Klaudia: Uwielbiam francuskie akcesoria kuchenne. Wykorzystywałyśmy też to, co mamy w domach. Jako stylistki i fotografki jedzenia mamy tego naprawdę sporo (śmiech) Połączyłyśmy nasze kolekcje. Niektóre sesje były bardziej wymagające, np. bardzo trudno znaleźć porcelanę z okresu, w którym żyła Maria Antonina. Miałyśmy cały bagażnik rekwizytów, często taszczonych na trzecie piętro.  Rodzina męża Marianne ma wspaniały dom z ogromną ilością przedmiotów z dawnych czasów. Dla nas to było jak wizyta w sklepie z zabawkami.

Marianne: Zależało nam, żeby rekwizyty były zgodne z czasami, w jakich żyły nasze bohaterki. Oda Krohg, norweska malarka, na zdjęciu pali, więc musiałyśmy sprawdzić, jakiego tytoniu używano w Norwegii w XIX wieku. Papierosów jeszcze nie było, fajek kobiety nie paliły. Odwiedziłam więc sklep z tytoniem w Oslo i zapytałam, co mogły palić w 1850r. Okazało się, że był to zwijany w specjalny papier tytoń.

Klaudia: Obrzydliwość!

Marianne: Klaudia wypaliła może jednego papierosa w młodości, więc palenie takiego bez filtra było rzeczywiście wyzwaniem!

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Post udostępniony przez Klaudia Iga (@klaudiaiga) Wrz 17, 2018 o 4:47 PDT

Miałyście też specjalne szyte kostiumy. Po tym jak przed chwilą zobaczyłam suknię Marię Antoniny, jestem pod jeszcze większym wrażeniem waszej determinacji i konsekwencji w realizacji tego projektu.

Klaudia: Tak! Te dwie sukienki z sesji o Marii Antoninie są absolutnie wyjątkowe. Zostały specjalnie dla nas uszyte w Warszawie przez Annę Nurzyńską, kostiumolożkę. Długo szukałyśmy odpowiedniego materiału, ale finalny efekt był lepszy niż oczekiwałyśmy.

Marianne: Dużo strojów kupiłyśmy na ebayu albo etsy, część wypożyczyłyśmy. Wszystko robiłyśmy same, od makijażu po fryzury. Pamiętam, jak próbowałam uczesać Klaudię a la gejsza. Oglądałyśmy tutorial na YouTube, ale tempo układania włosów było tak szybkie, że musiałyśmy ciągle przewijać. Odtworzenie tej fryzury było strasznie trudnym zadaniem. Zresztą każda fryzura i każdy makijaż w książce też były starannie planowane.

Klaudia: Marianne świetnie sobie poradziła stylizując nas. Dla niej to bez różnicy, czy ciasto, czy włosy, wszystko jest w stanie wystylizować (śmiech).

Używałyście Photoshopa?

Marianne: Myślisz, że naprawdę mam taką talię?

Klaudia: Kocham robić zdjęcia, ale kocham też je poprawiać. Jedna z większych frajd tworzenia – siedzę w piżamie z kubkiem herbaty i obrabiam zdjęcia cały dzień, uwielbiam to. Oprócz zwężenia talii powiększałam oczy, wydłużałam szyje, poszerzałam szczękę. To są małe rzeczy, które robią dużą różnicę. Na przykład w sesji Sophii Lauren, Marianne ma dużo szerszą szczękę niż w rzeczywistości – rysy Sophii są mocne, wyraziste.

Marianne: W social mediach opublikowałyśmy zdjęcie, kiedy jestem wystylizowana na Mary Poppins – spotkało się ze stwierdzeniem, że jestem bardzo ładna. O kochanie, ale przecież ten nos wcale nie jest w rzeczywistości taki prosty! Photoshop może być niebezpieczny, zaczynasz myśleć: Żałuję, że tak nie wyglądam.

Jak zareagowali na projekt książki wasi bliscy?

Klaudia: Nie byli specjalnie zaskoczeni. Nie mówią niczego w stylu o boże, co robisz, kiedy pozujemy w dziwnych strojach. To jest aż dziwne, jak bardzo nasi mężowie są przyzwyczajeni do takich widoków.

Marianne: Wiedzą, kim jesteśmy i czym się zajmujemy. Często ludzie mnie pytają, jak mój mąż reaguje na te wszystkie obłędne ciasta i torty, które robię. Dla niego to po prostu ciasta, przywykł do widoku wielopiętrowych tortów. 

Klaudia: Moje dziecko stylizuje sobie kanapki. Układa poszczególne elementy na talerzu. Ja się dziwię, skąd mu się to wzięło, a mój mąż patrzy na mnie z politowaniem, bo to przecież oczywiste (śmiech).

Planujecie już jakiś kolejny wspólny projekt. Rozbudziłyście nasz apetyt!

Klaudia: Aktualnie nie pracujemy razem, ze względu na fakt, że przeprowadziłam się w rodzinne strony męża, czyli do Francji, ale mam nadzieję, że w przyszłości połączymy siły. Ja pracuję teraz nad książką z przepisami z baśni braci Grimm, co samo w sobie jest bardzo ekscytującym projektem. receptury stworzy znana francuska restauracja Auberge de l'Ill.

Marianne: Ja z kolei działam na Instagramie: Stworzyłam projekt, w którym pokazuję, jak zrobić ciasta, inspirowane muzyką tworzoną przez kobiety. Uważam, że kobiety nadal są niedoceniane w branży, więc staram się mieć swój mały wkład w zmianę postrzegania ich muzyki. Myślę, że to, co robimy jest naturalnym przedłużeniem i kontynuacją pracy nad książką.