Ludowa Polska była bardzo niewydolnym krajem, bezustannie zmagającym się z kryzysem gospodarczym i permanentnym niedoborem nawet podstawowych produktów spożywczych, już o słodyczach nie wspominając. Cukier przez wiele lat sprzedawano na kartki, w grudniu 1981 r. reglamentacją objęte zostały również cukierki i czekolada. Dla miłośników łakoci wprowadzono tzw. zamienniki – za kartkę na papierosy lub alkohol można było kupić słodycze czy kakao.

Gdyby młodego człowieka dorastającego w latach 80. XX wieku przeniesiono do marketu działającego we współczesnej Polsce, na pewno byłby zszokowany, chodząc między regałami wypełnionymi batonami, czekoladami, ciastkami i masą innych słodkich specjałów. W tamtych czasach dzieci marzyły o tabliczce tzw. wyrobu czekoladopodobnego, w którym deficytowy tłuszcz kakaowy zastępowano łatwiej dostępnymi olejami roślinnymi, choćby rzepakowym. Masa kakaowa stanowiła w nich nie więcej niż kilkanaście procent. Dziś nawet w marnej jakości czekoladzie wynosi nie mniej niż 35-40 proc.

Mimo to wiele osób wspomina czekoladopodobne smakołyki z sentymentem. „Do dzisiaj pamiętam wyrób z wiewiórką na opakowaniu – to były cukierki z orzechami w takich strasznych plastikowych domkach. Jak ja je kochałam! Wysyłali nam je nasi przyjaciele i Wielki Brat ze Wschodu, aby nas przekonać, jak fajnie jest w Związku Radzieckim” – opowiada w jednym z wywiadów dziennikarka Beata Sadowska.

Zamienniki były powszechnym zjawiskiem w PRL-u. Najlepszy przykład stanowi bardzo promowany wówczas sztuczny miód, który w smaku przypominał trochę prawdziwy, ale składał się tylko z cukru oraz syntetycznych barwników i aromatów.

Budka z rurkami

Nawet w tych trudnych czasach wielbiciele słodkości jakoś sobie radzili. Jednym z PRL-owskich hitów okazały się rurki z kremem, które doczekały się nawet specjalnych budek czy kiosków, gdzie były głównym, a czasem jedynym sprzedawanym produktem.

W cukierniach królował wówczas krem sułtański, pojawiający się nawet na licznych filmach z tamtego okresu, choćby kultowych „Dziewczynach do wzięcia”. Jego głównymi składnikami były: śmietana kremówka, kakao i rodzynki. Walorów smakowych deserowi często dodawał rum.

Aromatyczny alkohol gościł również w innym popularnym specjale z czasów PRL-u, czyli zabajone – kremie przyrządzanym z surowych żółtek ubijanych z cukrem. Jego „bezprocentową” wersją był kogel-mogel, bardzo popularny w wielu polskich domach, ponieważ z powodzeniem zastępował deficytowe słodycze.

Na wielu stołach gościły wówczas także andruty, czyli cienkie wafle, często przekładane przez gospodynie domowe słodką masą, przygotowywaną z dostępnych w danym momencie składników, np. margaryny i roztopionych krówek lub cukierków toffi.

Co w tamtych czasach piły łasuchy? Na przykład oranżadę zapakowaną w… foliowym woreczku, którą piło się za pomocą słomki. Jej skład stanowiła wprawdzie woda i liczne sztuczne dodatki, ale nikt się tym wówczas nie przejmował. Innym hitem była Polo Cocta – rodzima odpowiedź na słynny napój amerykańskiego koncernu z Atlanty. Produkt odegrał ważną rolę w filmie Juliusza Machulskiego „Kingsajz”, umożliwiał bowiem krasnoludkom powiększenie do ludzkich rozmiarów.

Blok czekoladowy i szyszki

Puste półki w sklepach pobudzały inwencję Polaków. Wiele pysznych łakoci wytwarzano w warunkach domowych, choćby jeden ze słodkich symboli PRL-u, czyli blok czekoladowy. Wystarczyło podgrzać mleko, stopione masło i cukier, dodać kakao i mleko w proszku, a na koniec pokruszone herbatniki. Powstałą masę przelewano do natłuszczonej formy keksowej i wstawiano do lodówki, najlepiej na całą noc.

Innym sentymentalnym wspomnieniem z tamtych czasów są szyszki przyrządzane z ryżu preparowanego (zwanego też dmuchanym) i masy krówkowej. Ich przygotowanie było banalnie proste – krówki podgrzewano z masłem, aż do rozpuszczenia, a następnie dosypywano ryż preparowany. Po lekkim przestudzeniu z masy formowano zgrabne szyszki, które należało schłodzić w lodówce.