Rozpoczynając spacer po mieście, jeszcze przez chwilę możecie mieć złudne wrażenie, że uda wam się pozostać we współczesności. Nic bardziej mylnego. Wiedeń wciąga niczym wir wprost w objęcia XIX wieku.

Do kawiarni nie na kawę

Kiedy przestąpicie już próg pierwszej kawiarni, jesteście straceni. Cofnęliście się do świata, którego nie ma i co więcej, nie będziecie chcieli wracać. Wystrój większości wiedeńskich kawiarni nie zmienił się od momentu ich powstania, kelnerzy chodzą w muszkach, a do stolika możecie zamówić sobie najnowsze gazety (starannie wyprasowane i przymocowane do deseczki). Warto od razu rzucić się na głęboką wodę i irytację mieć z głowy - zacznijcie od Cafe Sacher. To tutaj podają kultowy tort Sachera, którego receptura pozostaje sekretem od prawie 200 lat. Na spróbowanie czekoladowego ciasta przełożonego warstewką dżemu morelowego i polanego czekoladową masą przyjdzie wam poczekać w kolejce. Nie ma co się denerwować, możliwe, że kolejki spotkacie też w innych miejscach. Sam tort jest smaczny, zwłaszcza biszkopt, nie za mokry i nie za suchy, doskonale smakuje z filiżanką kawy. 

Następny przystanek: Cafe Demel. To trochę bezczelne po zjedzeniu "jedynego słusznego" tortu w Cafe Sacher biec do ich największej konkurencji kilka ulic dalej. No ale cóż, trzeba spróbować innej wersji tego ciasta, póki pamiętacie smak "oryginału". Sprawa między Cafe Sacher i Cafe Demel jest dość skomplikowana, dość powiedzieć, że jeden z Sacherów, Eduard właśnie pracując w Demelu stworzył ostateczną wersję przepisu na tort. W każdym razie po wielu latach sądowej batalii ustalono, że mianem oryginalnego może posługiwać się tylko Cafe Sacher. Abstrahując od aspektu prawnego, po spróbowaniu obu wersji stwierdzam, że dobrze się stało - ciasto w Demelu jest suche, a dżem umieszczony bezpośrednio pod polewą i ledwo wyczuwalny.

Podczas kawiarnianego touru nie można pominąć Cafe Central. W jednej z najbardziej znanych kawiarni przy wejściu wita nas figura poety Petera Altenberga, który traktował ją jak drugi dom i kazał nawet dostarczać pocztę do swojego stolika. Przy dźwiękach fortepianowej muzyki zjecie tu ukryte w szklanej gablotce ciastka, a Wiedeń ciastami stoi. Jest tu i marcepanowy tort Mozarta, i wielowarstwowy tort Esterhazy, jest tort Sachera i całe mnóstwo innych, obłędnie wyglądających słodkości. 

Do kawiarni w Wiedniu nie przychodzi się na kawę. Ją też tu dostaniecie, ale nie jest ani bardzo smaczna, ani wybitnie aromatyczna. Kawa to tylko pretekst - do kawiarni wpada się pogadać ze znajomymi, opowiedzieć im o życiowych problemach, nierzadko przy papierosie (tak, w niektórych miejscach bez problemu można palić). W Cafe Hawelka kelner na pytanie o menu robi wielkie oczy ze zdziwienia i pyta co chcemy zamówić, bo ma kawę, herbatę lub wino. A, i jeszcze dwa desery, w tym appfelstrudel. Nie stanowi też dla niego problemu usadzenie nas przy czteroosobowym stoliku naprzeciwko nieznanej pary, przecież po to tu przyszliśmy, żeby porozmawiać z innymi. 

Właśnie z powodu całego zbioru zwyczajów i rytuałów, wiedeńska kultura kawiarniana została wpisana na Listę Niematerialnego Dziedzictwa UNESCO. Co jest w tych kawowych przybytkach absolutnie cudowne to to, że w momencie, kiedy zamykają się drzwi a wy siadacie przy stoliku, przestajecie być częścią chaosu zewnętrznego świata. W kawiarniach mimo gwaru panuje jakiś przedziwny wewnętrzny spokój, jak gdyby kawiarniana atmosfera wchłaniała gości, izolując ich niczym bańka.

Kultowe kanapki i wafelek na drogę

Nie samymi ciastkami i kawą żyje jednak turysta. Co w Wiedniu można zjeść na większy głód? Wiadomo, Wiener schnitzel. Te największe i podobno najlepsze podają w Fuglmuller. Są naprawdę ogromne! Cieniutkie usmażone na złoto sznycle zjedzcie z cząstką cytryny i sałatką ziemniaczaną. I nie przejmujcie się, jeśli sznycla nie dojecie - obsługa jest na to przygotowana. Kelner przybiegnie do was z woskowanym papierem, gumką recepturką i torebką, w którą bez problemu spakujecie resztki. 

Innym daniem, którego warto spróbować w Wiedniu jest tafelspitz. Cienkie plastry wołowiny w bulionie serwowane są z sosem jabłkowym i ziemniakami. Pamiętajcie, żeby najpierw wypić bulion, a dopiero potem zabrać się za wołowinę.

Nie można też pominąć kanapek. To doskonała opcja śniadaniowa (chociaż możecie też po prostu wejść do którejś ze znakomitych wiedeńskich piekarni i nabyć bułeczkę z rodzynkami lub kanapkę), ale i przekąska dla zgłodniałych po intensywnym zwiedzaniu turystów. A jak kanapki, to Trześniewski. Bufet założony przez Franciszka Trześniewskiego w 1902 roku był prawdziwą rewolucją. Fast food w mieście powolnego sączenia kawy w kawiarniach? Tymczasem bufet ukryty za ciężkimi drzwiami i aksamitną kotarą skrywa same smakołyki. Prostokątne kanapki z żytniego, wilgotnego chleba posmarowane są pastami o wielu smakach, m.in. grzybową czy jajeczno-truflową. 

W Wiedniu koniecznie trzeba wybrać się na targ. Naschmarkt ma 1,5 km długości, a co niedzielę wydłuża się o pchli targ. Wielu sprzedawców oferuje darmowe próbki, nie dajcie się jednak na nie nabrać! Jeśli przystaniecie przy stoisku jesteście zgubieni. Sprzedawca nie pozwoli wam odejść aż nie wybierzecie, co chcecie kupić. Następnie nałoży do torby zdecydowanie więcej niż jest wam potrzebne. Prosicie o mniejszą ilość? Zdarza się i tak, że sprzedawca w tej sytuacji mówi "No money, no honey" i zawartość torebki po prostu wysypuje...

Oprócz stoisk z przyprawami, warzywami i domowymi wypiekami, na Naschmarktcie jest wiele knajpek. Zjecie tu fantastyczne falafele - takiej rozbieżności cen dawno nie widziałam! Od 2 euro za 10 falafelowych kuleczek do 2 euro za jednego średniej wielkości falafelka. Na targu warto też spróbować austriackich słodkich bułeczek po brzegi wypełnionych farszami - orzechowy jest pyszny!

Do zabrania na spacer polecają się również hot dogi. W budkach rozsianych po całym mieście zjecie ich rozmaite warianty. Szczególnie oblegane są kioski Bitzinger - hot dog jest tu podawany w długiej bułce, do której możemy dobrać ulubioną kiełbaskę (currywurst!), ketchup lub musztardę. Ponieważ jedna z budek Bitzinger znajduje się tuż obok Opery Wiedeńskiej, podobno wieczorami można zaobserwować ubranych w długie cekinowe suknie i fraki widzów, którzy podczas przerwy w spektaklu oblizują usta z ketchupu zajadając hot dogi.

Na pamiątkę z Wiednia możecie za to przywieźć wafelki Manner. Słodycze w charakterystycznych różowych opakowaniach są dostępne w każdym sklepie spożywczym. No chyba, że wolicie czekoladki z podobizną Mozarta - z gustami się nie dyskutuje.

Wiedeń jest idealnym miastem na weekendowy kulinarny wypad. Zdążycie poczuć niespieszną atmosferę miasta, zjeść trochę klasyków, a przy okazji uszczknąć nieco sztuki przez duże S. Tylko powrót do współczesności nie jest łatwy - w mieście tortów można zapomnieć, że ona w ogóle istnieje.