Przed wyjazdem do obcego kraju zwykle spędzam dziesiątki godzin, czytając wszystkie istniejące blogi po polsku i po angielsku opisujące przygody i atrakcje w danym miejscu. Lubię wiedzieć, które zabytki warto odwiedzić, jaka jest ich historia, jakich dzielnic unikać, która plaża jest najmniej zatłoczona, co warto zrobić poza szlakiem i jeszcze wiele, wiele innych. Czytając ten Przewodnik po Tajlandii, miałam wrażenie, że ktoś odrobił tę lekcję za mnie. Całkiem wygodnie, nie powiem.

Przewodnik po Tajlandii – tej prawdziwej

Pamiętam, jak zagubiona czułam się przed swoją pierwszą solową wyprawą do Azji i jak długo szukałam informacji, które pomogą mi poukładać sobie wszystko w głowie. Dziś, po przeczytaniu Przewodnika po Tajlandii mam wrażenie, że zaoszczędziłby mi on kilkanaście (jak nie więcej!) godzin, które poświęciłabym na przekopanie Internetu, aby przygotować się na wylot do Tajlandii. Jeśli mówią, że czas to pieniądz, to kompletny przewodnik, to inwestycja.

Dobre przygotowanie do wyprawy, to nie tylko lista „must see” i adresy zabytków. Wchodząc do świątyni buddyjskiej często nie wiemy, na co zwrócić uwagę – idziemy za innymi turystami, robimy zdjęcia pomnikom i płonącym kadzidłom, a później wychodzimy z wrażeniem, że każdy ośrodek jest w zasadzie taki sam. W przewodniku po Tajlandii znajdują się rysunki najważniejszych budynków z podpisami ich elementów oraz w miarę dokładne opisy. Jest to trochę więcej informacji niż standardowy tekst papierowego przewodnika. Znajdą się tam także ciekawostki. Nie są to jednak anegdoty w stylu „dawno dawno temu ktoś odwiedził tę świątynię”, a prawdziwe i przydatne informacje. Z książki dowiedziałam się na przykład, że przewodnicy w świątyni Wat Pho w Bangkoku mają skłonność do poświęcania uwagi głównie Leżącemu Buddzie. Aby nie rozczarować się wycieczką, warto zwrócić im uprzejmie uwagę, że chcemy zobaczyć coś więcej. Na kolejnych kartkach znajdą się mapy (gdyby Internet w telefonie przestał współpracować, co może się zdarzyć) i gotowe trasy wycieczek. Przewodnik po Tajlandii napisany został przez osoby tam mieszkające i uzupełniony uwagami współpracowników National Geographic. Z tego powodu są w nim często informacje znacznie wykraczające poza to, co możemy wyczytać w Internecie. I za to należy się duży plus.

O różnicach kulturowych, szczególnie z Azją, można czytać godzinami. Zacznijmy jednak od tego, że trzeba wiedzieć, jakie informacje chce się znaleźć. Wielką nierozwagą byłby wyjazd do Tajlandii bez wiedzy, że za krytykowanie króla można skończyć w areszcie oraz jakim nietaktem jest dotknięcie cudzej głowy. Pigułka wiedzy o religii, kulturze i codzienności Tajów zapisana w Przewodniku to nawet więcej niż podstawa – bardzo pomogła mi poukładać moją dotychczasową wiedzę o kraju. Czemu nie powinnam przyjmować poczęstunków w autobusie? Czemu lepiej nigdy nie jeść skorupiaków – skorpionów czy pająków – z przydrożnych straganów? I czemu w słowniku 10 najbardziej potrzebnych zwrotów po tajlandzku autorzy umieścili pytanie, czy to danie jest pikantne? Już to wiem.

„Podróżowanie z otwartymi oczyma”

Tłumy turystów napływające (choć może lepiej powiedzieć „nadlatujące”) do Tajlandii każdego roku sprzyjają powstaniu nieetycznych biznesów – szkodzących słabszym ludziom, zwierzętom i środowisku. Trzeba być bardzo uważnym, aby podróżować odpowiedzialnie, a będąc na wakacjach, przyznajmy się, nie zawsze mamy ochotę na sprawdzanie każdej informacji. 

Przewodnik zaczyna się od noty od National Geograpic o „podróżowaniu z otwartymi oczyma”. W dobie masowej turystyki należy być wrażliwym na potencjalne szkody, które możemy wyrządzić jako turyści. Przewodnik po Tajlandii napisany jest w duchu geotourism – abyśmy wrócili do domów ze świadomością, że przyczyniliśmy się do zachowania lub nawet poprawy walorów odwiedzanych miejsc.

Jadąc na drugi koniec świata, kierowani opowieściami o niecodziennych przygodach i widokach mamy tendencję do egzotyzowania odwiedzanych miejsc. Tutaj na pewno życie wygląda inaczej! Marzymy o podglądaniu rdzennych (odciętych od technologii) plemion w ich codziennym życiu. Jednak to trochę, jakby oczekiwać, że gdzieś na Mazowszu mieszka mniejszość etniczna, która na co dzień chodzi w strojach ludowych i tańczy oberka po obiedzie. Cieszę się, że przewodnik nie proponuje nieetycznych rozrywek, jak na przykład wizyty w popularnej wiosce plemienia Padaung, zwanej także wioską „Długich Szyi”. Zdjęcia z niej zachwycają turystów swoją wyjątkowością, jednak w Internecie nie można znaleźć nawet jednego pozytywnego artykułu na jej temat – zainteresowanych zachęcam do zgłębienia tematu. Są to tylko atrakcje wykreowane pod wyobrażenia turystów, mające niewiele wspólnego z życiem Tajów. Nie ma w niej też słowa o przejażdżkach na grzbiecie słoni (co jest bardzo nieetyczne!). Książka nie poleca takiej Tajlandii. 

W przewodniku znajdziemy za to wiele poleceń miejsc prowadzonych przez rzetelne i etyczne firmy. W sekcjach „na własnej skórze” znajdziemy kontakty do rodzin, które zapraszają turystów do swoich domów pozwalając zobaczyć, jak wygląda ich codzienność (a także informacje, jak szukać takich rodzin). Pojawiają się tam też adresy targów wodnych, gdzie zakupy robią lokalni, namiary na szkoły medytacji, gdzie można porozmawiać z mnichem, czy kursy nurkowania, które nie szkodzą koralowcom. Takich atrakcji jest znacznie więcej. Można je potraktować jako inspiracje, czego warto doświadczyć na miejscu i na własną rękę poszukać ofert lub od razu skorzystać z podanego numeru telefonu.

Lekki niedosyt – czyli, co jeszcze warto doczytać na własną rękę przed wyjazdem

Czytając cały Przewodnik po Tajlandii czekałam na część końcową dotyczącą Porad Praktycznych. Z tej części dowiedziałam się naprawdę dużo – zaczynając od tego, gdzie na lotnisku w Bangkoku kupię kartę SIM, a kończąc na tym, komu powinnam zostawić napiwek. 

Zabrakło jednak mi w książce osobnego rozdziału dotyczącego bezpieczeństwa w podróży. Tajlandia jest uważana przez podróżników za jeden z przyjemniejszych krajów do zwiedzania – życzliwi ludzie na ogół znający angielski, dobrze rozwinięta sieć połączeń, wielu turystów i backpakersów sprawiają, że obcokrajowcy raczej czują się tu pewnie. Wiele wskazówek dotyczących bezpieczeństwa było przemyconych w treści przewodnika, więc czy osobny rozdział jest potrzebny? Uważam, że tak. Przed wyjazdem zawsze sporo czytam o tym, jakie oszustwa są najpopularniejsze na miejscu i jak mogę im zapobiec. Nie każdy jednak przeczyta Przewodnik po Tajlandii w całości i część informacji rozsiana po różnych jego fragmentach może mu uciec. Szkoda byłoby z tego powodu dać się naciągnąć na droższą taksówkę lub spędzić kilka dni chorując po wypiciu wody z kranu.

Bycie świadomym potencjalnych zagrożeń pomaga im zapobiegać i oswajać się z myślą, że ten „obcy kraj” nie jest niebezpieczny. Rozszerzona nota z zebranymi informacjami o tym, jak zadbać o siebie wzbogaciłaby Przewodnik po Tajlandii. Dlatego, jeśli nie czytamy całej książki, a wybrane rozdziały, doczytajmy trochę o bezpieczeństwie w podróży i pamiętajmy, aby na tydzień przed wylotem zacząć przyjmować probiotyki. I wszystko będzie ok!

Podsumowanie

Gdybym zabrała Przewodnik po Tajlandii ze sobą w podróż, a zabrałabym!, uzupełniłabym go własnymi notatkami dotyczącymi dojazdu i cen wstępu. Lubię mieć wszystkie potrzebne informacje w jednym miejscu. Bilety wstępu czy godziny otwarcia mogą się zmienić, więc rozumiem, czemu nie pojawiły się w książce (znalazły się w niej natomiast numery kontaktowe i strony internetowe). 

Wielu rzeczy, które przeczytałam w książce nie dowiedziałabym się z Internetu, bo nawet nie wpadłabym na to, aby ich poszukać. Bądźmy szczerzy, przyzwyczajeni do stałych cen w supermarketach nie sprawdzalibyśmy nawet, czy w zwykłych sklepach w Tajlandii przysługują nam zniżki, o które możemy się targować (przysługują, a jak to zrobić zostało również opisane). Za takie rzetelne zebranie informacji, tych podstawowych i tych mniej oczywistych, naprawdę mocno cenię pracę autorów.

Przewodnik po Tajlandii jest rozwiązaniem dla podróżnika i turysty, bo zamyka w 400 stronach prawie wszystkie informacje o Kraju Uśmiechniętych Ludzi i to w jakości, jakiej można się spodziewać po logo National Geographic.