Magda Pomorska: Gdy myślisz chleb, to jaki obrazek masz przed oczami?
Ewa Adams: Wczesne lata 90-te i upalne letnie popołudnie. 6-letnia ja, jeżdżącą na rowerze po podwórku. Z domu przez otwarte okna wydobywa się zapach pieczonego chleba. Babcia wychyla się przez okno i zaprasza do kuchni. Na stole czekają dwie wielkie pajdy ciepłego chleba z makiem, posmarowane roztapiającym się masłem. Wbijam zęby w puszysty miąższ, odgryzam solidny kawałek chrupiącej skórki i wybiegam zadowolona z kuchni. Myśląc o tym, czuję ten smak w ustach. Do dzisiaj zapach pieczonego chleba budzi we mnie najcieplejsze emocje i przywodzi wspaniałe wspomnienia.

Jak powstał i jaki był pierwszy samodzielnie upieczony bochenek?
Niewyrośnięty, bez smaku i niedopieczony w środku. Kolejnym bochenkom również daleko było do ideału – grudki mąki w środki i zakalec, przesolone albo niedosolone. Takie były moje początki, zanim zaczęłam pobierać wirtualne lekcje u mamy i babci. Z telefonem w jednej ręce i drewnianą łyżką w drugiej mieszałam składniki zgodnie z tym, co mówiły, na zmianę się przekrzykując. Rzadko korzystałam z gotowych przepisów. W moim domu chleby piekło się (i piecze do tej pory) mieszając składniki „na oko”. I to właśnie dlatego, zanim mgliście zrozumiałam, na czym polega sztuka wypiekania chleba, wypiekłam chyba z dwieście bochenków.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

#littlebreadloafwellington #newtownnz

Post udostępniony przez Ewa Adams (@littlebreadloaf) Mar 15, 2019 o 1:01 PDT



Jak zaczęła się Twoja przygoda w Nowej Zelandii?
W lipcu 2017 roku spakowałam się w jedną walizkę, mąż w drugą i przylecieliśmy do Nowej Zelandii. Po kilku miesiącach znalazłam tu pracę, w której nie wytrzymałam dłużej niż 3 miesiące. Po tym czasie zaczęłam całkiem na poważnie myśleć o tym, żeby spróbować otworzyć coś swojego. Już wyjeżdżając z Polski, miałam z tyłu głowy, że fajnie byłoby piec polskie chleby na końcu świata, ale wtedy było to bardziej fantazją aniżeli celem. Kolejne miesiące mijały, a ja, w przerwach pomiędzy chodzeniem na rozmowy rekrutacyjne, czytałam o wymogach, jakie należy spełnić, żeby piec i sprzedawać chleb w Nowej Zelandii. Sporo czasu minęło, zanim odważyłam się powiedzieć na głos o moim pomyśle. Mąż, rodzina i przyjaciele zareagowali tak, jak się tego nie spodziewałam – z ogromnym entuzjazmem. I wtedy pomyślałam sobie „no dobra, to ryzyk-fizyk”. Przerażona i podekscytowana postanowiłam, że spróbuję.


Jak mieszkańcu regionu odbierają Polkę i polski chleb?
Wszyscy, absolutnie wszyscy moi klienci, którzy podróżowali po Europie i odwiedzili Polskę, są zachwyceni naszym krajem i wymieniają Kraków jako ulubione miasto. Z przyjemnością i dumą słucham o tym, jak pyszne i tanie jest jedzenie w Polsce oraz jak mocna jest nasza wódka! Jest mi niezmiernie miło również widzieć, jak Nowozelandczycy zachwycają się polskim chlebem. Uwielbiam obserwować ich reakcję, kiedy kosztują po raz pierwszy kromkę mojego chleba. Następuje wymowna cisza, po czym patrząc na mnie, kiwają głową z aprobatą. Znaczna część moich klientów to również Brytyjczycy, którzy emigrowali na Antypody, więc nie jest im obcy smak polskiego chleba. Bestsellerami okazały się chleby na zakwasie żytnim - z dużą ilością kminku. Powodzeniem cieszą się chleby pełnoziarniste i z mąki orkiszowej (o którą wcale nie tak łatwo w Nowej Zelandii).

Przejdźmy do pytań praktycznych – wolisz domowy chleb na zakwasie czy drożdżach?
Jestem kanapkożercą i nie ma dla mnie lepszej bazy do kanapek niż chleb żytni na zakwasie. Natomiast do zup i sałatek wolę puszystą, drożdżową ciabattę. Na leniwe niedzielne śniadanie z przyjemnością sięgnę zaś po chałkę z kruszonką, masłem i konfiturą.

Słodkie wypieki to też Twoja działka. Jakie masz triki na idealne drożdżówki?
Dla mnie idealne drożdżówki to takie, które jeszcze następnego dnia są świeże i puszyste. Zanim zrozumiałam, na czym polega ich sekret, wypróbowałam kilkadziesiąt różnych przepisów, które w pewnym momencie zaczęłam łączyć ze sobą. Zasada okazała się prosta – ciasto na drożdżówki musi być wilgotne. A żeby takie uzyskać, warto dodać połowę cukru, który jest w przepisie i trochę więcej roztopionego masła. Żeby uzupełnić słodycz w smaku drożdżówek, dodaję więcej cukru do dodatków (kruszonka, budyń, owoce) i/lub polewam słodkim serowym lukrem (zmieszany cukier puder z serkiem Philadelphia, odrobiną mleka i zmielonymi ziarnami kawy lub sok z cytryny). Istotny jest też czas pieczenia – drożdżówki potrzebują tylko chwili w piekarniku!

 


Czy zdarza Ci się eksperymentować z pieczeniem? Co najbardziej Cię zaskoczyło?
Mam wrażenie, że cała moja przygoda z pieczeniem w Nowej Zelandii to jeden wielki eksperyment. Zaskoczyło mnie na przykład to, że aby wypiec dobry chleb, potrzebna jest dobra mąka. Zanim zaczęłam piec na poważnie, chleb wydawał mi się niewymagającym produktem i nie przywiązywałam wagi do rodzaju mąk. Oczywiście chleb z taniej mąki również wyrośnie, ale nie będzie już tak smaczny albo będzie się kruszył przy krojeniu. Największym zaskoczeniem dla mnie było również to, że w Nowej Zelandii mąki inne niż mąka zwykła biała – pełnoziarniste, orkiszowe, jęczmienne są trudno dostępne i bardzo drogie. Często są sprowadzane z Europy lub Australii. Oczywiście musiałam przetestować wszystkie dostępne na lokalnym rynku mąki, zanim wybrałam te, które najlepiej sprawdzają się przy wypiekaniu chleba. Czy eksperymentuje z przepisami? Raczej przepisy same powstają w mojej głowie, gdy na przykład zainspiruje mnie sezonowy owoc na targu.

Dużo podróżujesz i poznajesz pieczywo z kuchni świata. Masz swoje ulubione? A może coś Cię rozczarowało?
Jeżeli chodzi o pieczywo, to Europa bardzo mnie rozpieściła i ciężko jest mnie pozytywnie zaskoczyć. Piekarnie w Nowej Zelandii szczycą się tym, że wypiekają „europejskie pieczywo”, a emigranci z Europy przychodzą do mojej piekarni, spragnieni smaku - jak sami to określają -„prawdziwego chleba”. Niemniej to w Nowej Zelandii spróbowałam po raz pierwszy maoryski chleb zwany Rewena, który powstaje na bazie zakwasu z ziemniaka i który jest znakomity! O dziwo, nie jest go łatwo tutaj dostać, gdyż chleb ten jest niedostępny na półkach sklepowych. Wielka szkoda!