Anna Daniluk: Kto zaraził cię pasją do gotowania?
Michał Korkosz: Moja mama maczała w tym palce. Jednak to nie ona pokazała mi gotowanie, choć można by to było tak zrozumieć. Będąc dzieckiem, zacząłem z nią oglądać programy kulinarne Nigelli Lawson. Nigella epatowała swoim sensualnym stylem, oblizując łyżeczki i oblewając wszystko czekoladą. Tak mnie tym ujęła, że chciałem zjeść wszystko natychmiast. Wszystkie książki były w domu, więc mama mówiła: „weź książkę i sobie ugotuj”. Miałem wtedy 9 lat. Wtedy zaczęło się gotowanie krok po kroku z przepisów. Rodzice mówili, jakie to wspaniałe i jaki jestem utalentowany, a ja po prostu gotowałem wedle wskazówek z przepisów. Potem przyszła chęć eksperymentowania i wdrażanie nowych pomysłów. Od tamtego czasu Nigella rozpaliła moją chęć do gotowania i próbowania nowych smaków. Proces zarażania pasją był rozłożony w czasie. Z pewnością Nigellę traktuje symbolicznie.

Czy masz swojego mistrza, na którym się wzorujesz?

Często zadawane jest mi pytanie, czy mam kucharzy, na których się wzoruję. Wtedy odpowiadam, że mam kucharki. Oczywiście cały czas będę odnosił się do mojej mamy i babci jako tego punktu zapalnego. A z kucharzy i kucharek – celebrytek to zacznijmy od Nigelli Lawson, która jest moją wyrocznią. Bardzo lubię Yotama Ottolengiego, Nigela Slatera, Davida Lebovitza, którego cenię za całokształt i za jego pióro. Bardzo doceniam styl Rachel Khoo. W ogóle jej pierwsza książka była pierwszą, którą kupiłem za własne zebrane grosiki. „Mała paryska kuchnia” to książka, którą chyba przerobiłem w całości, gotując od A do Z przepisy w niej zawarte. To jest chyba najbardziej zniszczona książka w mojej kolekcji. Są tam piękne zdjęcia Davida Loftusa. To absolutnie cudowny zbiór przepisów. Uwielbiam też książkę „Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści” Davida Lebovitza, która także traktuje o kuchni francuskiej. Bardzo często do niej wracam. Jak chcę pojechać do Paryża, a nie mogę, to ją otwieram i oddaję się lekturze smaków oraz opowieści.

Skąd lub od kogo czerpiesz inspiracje? Zarówno do gotowania i fotografii jedzenia.

Nie mam konkretnych inspiracji, do których się odwołuję. Odnoszę się do poczucia estetyki, które kształtuje się non stop. Myślę, że pierwszym źródłem inspiracji jest Instagram. Stamtąd biorę pomysły na ujęcie kulinarne i inne pomysły. To jest do pierwszego przejrzenia, a potem staram się tworzyć swoją własną jakość. Inspiracje do przepisów kulinarnych biorę zewsząd. Pracując nad książką, starałem się wejść w buty polskiego smaku i składników albo odwoływałem się do dobrze mi znanych dań z dzieciństwa, które traktowałem w bardziej nowoczesnym wydaniu. Abstrahując od książki, jadając w restauracji często jestem tym zainspirowany do gotowanie: na co dzień, jak i opracowywania nowych receptur na bloga. Staram się adaptować poznane smaki. Zabawne jest, że pewne potrawy lub składniki mi się śnią. To jest o tyle trudne, że smak ze snu jest nieuchwytny.

Jak zaczyna się u ciebie proces wymyślania zdjęcia? Najpierw sobie rozrysowujesz czy idziesz na żywioł?

Jestem orędownikiem naturalnej fotografii. To bardzo spontaniczne podejście. Mam już wypracowany pewien schemat, gdzie najlepiej i jak robić zdjęcia, ale nie rozmyślam wcześniej jak powinien wyglądać końcowy efekt. To musi być pewne flow. Dla mnie najważniejsze w fotografii kulinarnej jest to, żeby znać smak dania, które się fotografuje. To, co jest w posiłku najistotniejsze. W zdjęciu powinno się przekazać sugestię o smaku, które uwiecznia. Staram się bardzo nie stylizować. Chcę, aby moje zdjęcia wyglądały naturalnie. Dlatego nie smaruje ich żadnym olejem i nie stosuję trików fotograficznych w stylu pianki do golenia zamiast bitej śmietany. Każda potrawa ze zdjęcia ma być potem zjedzona. To przecież jest najważniejsze.

Gdy w 2017 roku dostałem nominację do nagród Saveur za fotografię kulinarną i wtedy nie będąc w żaden sposób popularny, zastanawiałem się, jak to się stało. Jako bardzo młody człowiek, z bardzo krótkim stażem, dostaję nagle nominację do bardzo prestiżowych nagród dla blogosfery kulinarnej. W tamtym czasie były popularne mocno stylizowane zdjęcia, a ja zawsze odwoływałem się do naturalnego smaku potraw. Uważam, że takie podejście nie potrzebuje nadmiernej stylizacji i może też, dlatego właśnie zostałem wybrany.

 

Czy jest jakaś potrawa, której jeszcze nie próbowałeś, a bardzo byś chciał?

Jestem osobą, która zje wszystko. W życiu chcę spróbować wszystkiego. Jeżeli tylko będę miał szansę zjeść coś interesującego lub nowego, to z pewnością to zrobię. Jednego składnika nie było mi dane jeszcze spróbować, a bardzo mnie on ciekawi, i są to robaki. Tę chęć wzmagają debaty na temat produktu przyszłości jako poszukiwań naturalnego źródła białka. Jestem tego niezmiernie ciekaw. Zastanawia mnie, czy ma to jakieś walory smakowe, czy jest to tylko patrzenie funkcjonalne. Nie próbowałem też duriana, ponoć smakuje jak cebula i ma bardzo nieprzyjemny zapach. Mimo tego, jestem ciekawy, jak smakuje.

Wyobraźmy sobie, że wsiadamy do wehikułu czasu. Do jakiego kulinarnego wspomnienia lubisz najczęściej wracać?

To zależy, z jakiej kategorii. Jak ktoś przejrzy moją książkę to może wysnuć wniosek, że jestem nastawiony nostalgicznie do wszystkiego (śmiech). Mam bardzo ciepłe wspomnienia związane z moją babcią. Jeździłem do niej na każde wakacje. Razem z moim bratem. Babcia, całkiem typowo, zawsze jako cel obierała sobie dodać kilku kilogramów swoim wnukom. Codziennie rano, gdy jeszcze spaliśmy, znikała i szła na targ. Tam kupowała pomidory, świeży koperek i wiejskie jajka. Potem szła do piekarni po chleb. Jak tylko się budziliśmy, przygotowywała nam śniadanie. Pomimo, że gotowała tylko najprostszą jajecznicą, to wspomnienie jest bardzo żywe. Letnie słońce wdziera się przez okno, babcia pełna radości krząta się po kuchni. Dla mnie i dla mojego brata przygotowuje jajecznicę na jednej patelni, aby potem rozdzielić ją drewnianą łyżką na dwie porcje. Jedną część, moją, obsypuje koperkiem i rubinowymi pomidorami, drugą pozostawała solo. Jest to dla mnie symboliczne wspomnienie, bo z tego przebija ogromne ciepło i miłość jaką babcia miała, ma do swoich wnuków. Teraz zdaję sobie sprawę, dlaczego tak bardzo chcę dzielić się swoimi przepisami, chcę nimi karmić, dając szczęście, które płynie poprzez jedzenie i smak. Ma to początek we wspomnieniach z dzieciństwa. Tam rozpoczęła się moje miłość do karmienia innych ludzi.

Czy masz swój ulubiony comfort food? Jeśli tak, to jakie?

Odpowiedź jest bardzo prosta. Jest to świeży chleb na zakwasie posmarowany masłem i posypany solą. Gdy mam zły dzień, to nic więcej mi nie potrzeba. W tej kwestii jestem prostym człowiekiem. Po wielu eskapadach kulinarnych kubki smakowe człowieka muszą odpocząć. Przy chlebie na zakwasie moje kubki smakowe odpoczywają.

Co oznacza dla ciebie określenie „rozkoszny”? Czy przez lata działalności w Internecie nabrało nowych znaczeń?

Dla mnie jest to coś niesamowicie przyjemnego, coś sprawiającego radość i dającego szczęście. W mojej głowie słowo „rozkoszny” ma już tylko zabarwienie kulinarne. Słowo rozkoszny trochę przypadkowo zaczęło odnosić się do osoby. Nazwę wymyślili moi znajomi dla mnie podczas zakładania mojego konta na Instagramie. Byłem wtedy gimnazjalistą (śmiech). Chciałem mieć nazwę, która będzie podobna do mojego nazwiska. Moi znajomi stwierdzili, że rozkoszny świetnie pasuje także do tego, w jaki sposób się wobec nich zachowuje. Tak powstał rozkoszny. Kuchnia cały czas przewijała się w moim życiu. Naturalnie przeszło to w nazwę bloga. Nawet nie zastanawiałem się jak powinien się nazywać. Jedzenie, które gotuję i którym się dzielę jest po prostu rozkoszne.

 

Czy masz kulinarny gadżet, bez którego nie możesz się obyć w kuchni?

Jestem prostym człowiekiem i mam małą kuchnię. Nie miałbym nawet gdzie ich magazynować. Jeśli chodzi o gotowanie, to nie lubię utrudniać sobie życia. Na przykład, jeśli mogę to wolę zrobić danie w jednej patelni, a nie w kilku. W kuchni nie może zabraknąć garnka żeliwnego. W pewnym sensie to gadżet, nie każdy go ma. Gotuję głównie w nim, ale także piekę np. chleb. Świetnie sprawdza się przy zupach i potrawkach, które wymagają długiego gotowania. Absolutny must have to także blender i w sumie robot kuchenny, ale muszę przyznać, że coraz rzadziej po niego sięgam. Bardzo lubię dotykać ciasto kruche, ciasto drożdżowe. Uwielbiam zapach, który pozostaje na dłoniach. Jest bardzo kojący. Potem nawet nie chce mi się tych rąk myć i wącham je przez chwilę (śmiech).

Czy masz swój ulubiony film kulinarny lub książkę kulinarną?

Takich książek mam całkiem sporo i trudno byłoby wybrać ulubioną pozycję z kolekcji. Jednak ciągle wracam do „Mojej kuchni w Paryżu” Davida Lebovitza. Cenię ją szczególnie za opowieści. Także wśród moich ulubionych jest „Moja paryska kuchnia” Rachel Khoo. Wracam do niej z sentymentu, to moja pierwsza książka zakupiona za własne pieniądze. Najbardziej cenię książki kucharskie, które opowiadają jakąś historię. Wtedy widzimy, że nie są to tylko po prostu przepisy, książka ma duszę. Co do beletrystyki kulinarnej to jestem ogromnym fanem Ruth Reichl, byłego krytyka kulinarnego New York Timesa, byłej redaktorki naczelnej magazynu Gourmet. Wszystkie jej książki traktuję jak miód na moje kulinarne serce. Pióro Ruth sprawia, że mógłbym karmić się jej słowem i opowieściami. Natomiast jeśli mówimy o filmie kulinarnym to wskazałbym na „Ucztę Babette”, klasykę kina z ubiegłego wieku. Kontrast pomiędzy protestancką rodziną a francuską gospodynią jest rozkoszny. Babette po wygraniu w loterii, chce pokazać swoim chlebodawczyniom, czym jest radość płynąca z jedzenia. Film pokazuje francuskie podejście do kulinariów, celebrację posiłku. Ostatnia scena, finalna kolacja przygotowana przez Babette, kiedy to kolejne dania bez końca wychodzą z kuchni, jest niesamowita. To istny performance.

Czytaj także:   Kuchnia francuska na małym ekranie. Czas na apetyczny seans!

Czy myślałeś, co chciałbyś zjeść na ostatni posiłek w życiu?

Nie myślę o końcu swojego życia, bo jestem na to za młody (śmiech). Dla mnie odpowiedź będzie wiązała się z comfort foodem. Myślę, że byłoby to danie, które ma właściwości kojące. Wspomniany już przeze mnie chleb z masłem i solą. Choć to też pewnego rodzaju paradoks, że będąc kucharzem i pisarzem kulinarnym wybrałbym najprostszy chleb z masłem.