Książka "Na marne" powstała w idealnym momencie - wszyscy chcą przecież żyć w duchu zero, a przynajmniej less waste. Wydaje się, że temat mamy w większości dobrze już ogarnięty, znamy zalety kompostownika, wykorzystujemy obierki z ziemniaka i liście z kalafiora. Marta Sapała udowadnia, że o rzeczywistym marnowaniu jedzenia nie wiemy nic. A wszelkie niby-fakty, które uznajemy za oczywiste nie mają racji bytu.  

Pytania bez odpowiedzi, drzwi bez klucza

Osoby starsze wyrzucają mniej, bogaci więcej, bezdomni nie mogą sobie pozwolić na wyrzucenie niczego. Logiczne, prawda? No więc nie. Autorka "Na marne" postanowiła sprawdzić, jak to rzeczywiście jest. W trakcie pracy nad książką spotkała się zarówno ze zwykłymi ludźmi, jak i specjalistami zajmującymi się jedzeniem. To, co jest ogromną wartością tego reportażu to mnogość perspektyw, z jakich na marnowanie żywności można spojrzeć. Z jednej strony mamy więc niepewne dane statystyczne, nośne liczby, których używamy mimo, że nie oddają stanu faktycznego oraz prawo, które nie sprzyja redystrybucji żywności; a z drugiej inicjatywy typu Bank Chleba czy foodsharing.

Autorka szuka klucza, który pasowałby do zakratowanych drzwi od śmietnika z napisem "Marnowanie jedzenia". Nie znajduje go jednak. Wyjaśnienie problemu stale się wymyka, kiedy wydaje nam się, że może teraz właśnie padnie decydująca odpowiedź, rozmówca mówi coś, co na nowo wybija z rytmu. Bo oto okazuje się, że bezdomny zostawia miskę z zupą, mimo zapewnień o jedzeniu wszystkiego do końca, a starsza pani, która miała być wzorem gospodarności wcale nie wyrzuca tak mało jak się spodziewaliśmy. Po tym pierwszym zdziwieniu, przychodzi jedna refleksja. Autorka prosiła swoich rozmówców o prowadzenie dzienniczków (sama zresztą też poddała się temu testowi), dokumentujących, co wyrzucają. Zastanówcie się, co byście dzisiaj do nich wpisali. Obierki? A może suchą kromkę chleba? Kiedy pomyślimy o wyrzucaniu w skali tygodnia, a później miesiąca nagle okaże się, że wyrzucamy całkiem sporo. 

Kolejnym zaskoczeniem w dobie nawoływania do zmiany nawyków jednostkowych, jest stwierdzenie faktu, że to wcale nie pojedynczy człowiek odpowiada za potężną skalę marnowania. Największa odpowiedzialność spoczywa na wielkich koncernach, sieciach sklepów Z drugiej strony wydaje nam się, że znamy skalę - "Na marne" udowadnia, że jest ona dużo większa niż myślimy. Czytając opisy jedzenia wyrzucanego codziennie ze sklepów, ogromnych targowisk, na których sprzedaje się tylko produkty przeterminowane czy wypowiedzi osób, które przez całe lata żywią się jedzeniem ze śmietników na myśl nasuwa się jedno: naprawdę aż tyle?! Naprawdę.

Przeczytaj również: Czas na resztki! - wywiad z Sylwią Majcher

Resztki, obierki, śmieci

Ilość wątków poruszanych w książce jest imponująca. Wiele z nich stanowiłoby świetny materiał na kolejne reportaże - nasz stosunek do chleba, który jest traktowanym z dużym szacunkiem, a jednocześnie najczęściej wyrzucanym produktem spożywczym (ma być świeży, chrupać i basta!) czy problem pomocy żywieniowej, która może być odbierana przez osoby potrzebujące jako upokarzająca.

W przypadku marnowania jedzenia bardzo duże znaczenie ma język, którym o nim mówimy. Słowo "resztka" ma negatywne konotacje, nie wspominając już o samym "marnowaniu". Szukając językowej alternatywy, Sapała proponuje słowa "strata" lub "niezużywanie", które często lepiej oddają rzeczywistą sytuację. Autorka rozwiewa też wątpliwości dotyczące daty ważności. Większość z nas nie odróżnia "najlepiej spożyć przed" od "należy spożyć do" - przeterminowany produkt bez względu na swoje faktyczne właściwości i tak ląduje w koszu. A tymczasem mógłby zostać jeszcze wykorzystany, tak w domowych warunkach, jak i po wycofaniu ze sklepowej półki. Z drugiej strony autorka zwraca naszą uwagę na obierki - czy moda na ich wykorzystanie nie jest przesadą? Może jednak powinniśmy traktować je jako odpady?

Zobacz też: Książki o resztkach - przeczytaj i nie marnuj!

Czytając "Na marne" można dojść do smutnego wniosku, że marnowanie jedzenia jest wpisane w system kulturowy, ekonomiczny i społeczny, w którym żyjemy. Czy jest jakaś nadzieja? Tak. Tkwi w jednostkach, którym chce się coś zmieniać. Jeździć po odbiór jedzenia do sklepów i układać je w ogólnie dostępnych lodówkach, przekazywać niesprzedany towar potrzebującym, tworzyć prawo, które będzie takim działaniom sprzyjało. Finalnie wszystko znów sprowadza się do indywidualnych wyborów i działań. Bo to właśnie one mogą zmienić czy raczej lekko przemodelować system - oby nie na marne.