Damian Gajda "Gala": Za każdym razem, gdy chcę się z Tobą umówić na wywiad, wiem, że nie będzie to łatwe... (śmiech)
Magda Gessler
: Ale jak widzisz, udaje nam się spotkać. Każdy dzień skrupulatnie planuję – wiem, z kim, gdzie i o której się umawiam, chociaż lekkie przesunięcia czasowe się zdarzają. Mimo że na pierwszy rzut oka moje życie wydaje się chaotyczne, jestem perfekcyjnie zorganizowana.

Zupełnie jak Twoja mama, zodiakalna Panna. To ona Cię tego nauczyła?

Mama była pierwszą osobą, która wprowadziła do mojego życia dyscyplinę. Miała jednak duszę artystki, bogatej w emocje, uczucia. Umiała pogodzić wiele sprzeczności: zorganizowana, twardo stąpająca po ziemi, ale niezwykle wrażliwa. Dyscypliny nauczyli mnie również mój pierwszy mąż, Volkhart, oraz „Kuchenne rewolucje”. Od pierwszego wejścia na plan nie mogłam już sama wyznaczać sobie godzin pracy ani decydować o tym, czy wstanę godzinę wcześniej, czy później.

Lubisz być zajęta?

Mam szczęście, że robię to, co kocham. Dzięki „Kuchennym rewolucjom”, które od lat cieszą się wielką popularnością, poznaję inspirujących, zaskakujących ludzi i zmieniam ich życie na lepsze. A oni pewnie też moje. Rozumiem, że pracujesz z pasją, ale nie masz czasami ochoty zwolnić i po prostu nic nie robić? Znam kobiety, które w moim wieku przestają w siebie wierzyć. Nie walczą o marzenia, są zrezygnowane. Namawiam je, by to zmieniły, zaufały intuicji i podejmowały nowe wyzwania. W ten sposób odzyskają swoją siłę. Imponują mi młode dziewczyny, takie jak moja córka Lara. To jest zupełnie inne pokolenie. Idzie przez życie jak burza, świadomie przygotowując się do ról, które będzie odgrywać. Podoba mi się, że Lara odnalazła w życiu swoje miejsce. Lubię z nią rozmawiać, obserwować ją, podglądać jej poczynania.

Lara świetnie radzi sobie z tak zwaną warszawką. Ty powtarzasz, że trzymasz się na dystans od tego świata, tymczasem Twoje restauracje to najmodniejsze miejsca w stolicy.

Uwierz, ale praca wypełnia mi cały czas. Gdy schodzę z planu, staram się jak najwięcej uwagi poświęcić bliskim, bo oni są dla mnie najważniejsi. Dlatego nie bywam, nie „ściankuję”. Nie mam na to czasu.

Rzadko pojawiasz się też na bankietach.

Bywam tam, gdzie chcę bywać. Przyjaźnię się z ludźmi, których naprawdę lubię i podziwiam, a nie z tymi, o których jest w danym momencie głośno. Jestem niepokorna, nie poddaję się kanonom, rygorom.

Ale przed laty organizowałaś słynne przyjęcia, na których pojawiali się politycy, gwiazdy, artyści...

To był miły czas. Chciałam zobaczyć, jak moje jedzenie, wnętrza i ja sama działają na ludzi. Chciałam, i pewnie to mi się udawało, sprawiać ludziom radość. Od zawsze chętnie „rozdawałam” siebie innym. Długo wierzyłam, że jeśli ofiaruję komuś coś dobrego, prosto z serca, ta osoba to odwzajemni. Niestety rzeczywistość często weryfikowała moją naiwną wiarę w bezwarunkowe dobro.

Jak myślisz, dlaczego? Może dlatego, że jestem kolorowa i wzbudzam niepokój? Najbliżsi wiedzą, że mam południowy temperament... I zdarza Ci się rzucać talerzami...

Nie tylko na planie „Kuchennych rewolucji”. (uśmiech) Już jako sześciolatka wiedziałam, że moje życie nie będzie zwyczajne. Lubiłam się buntować, a rodzice żartowali, że nie nadążają za moimi reakcjami.

Jacy ludzie Cię lubią?

Jestem lubiana zarówno przez ludzi odważnych, ciekawych, jak i tych „normalnych”, spokojniejszych. Często zaczepiają mnie na ulicach, lotniskach. Proszą o autograf, wspólne zdjęcie, chcą mnie przytulić. Nigdy nie spotkałam się z nieprzyjemnymi reakcja - mi. „Kuchenne rewolucje” osiągają teraz najlepsze wyniki oglądalności w historii.

Na czym polega Twój fenomen?

Przede wszystkim na prawdzie. Na tym, że sama dużo przeżyłam, popełniałam błędy, do których umiem się przyznać. Poza tym wielokrotnie zostałam oszukana i musiałam zmierzyć się z trudnymi sytuacjami. Będąc żoną Piotra Gesslera, ojca Lary, który jest cudowną, ale raczej spokojną i pacyfistycznie nastawioną do życia osobą, walczyłam o nasz byt.

Przejęłaś rolę żywiciela rodziny?

Odkryłam siebie na nowo. Stałam się dla Lary bardziej ojcem, a Piotr mamą. Uczyłam się być silna, a może taka byłam, tylko wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Taki model rodziny to przecież nic złego, tak wtedy musiało być. Do dziś mamy z Piotrem dobry kontakt.

(...)

Kiedy przestałaś przejmować się tym, co ludzie mówią na Twój temat?

Nigdy się tym nie przejmowałam. Szłam pod prąd. Wiem, że jestem kolorowym ptakiem w kraju, gdzie rządzi szarość... Nie śledzę w internecie bezimiennych hejterów, którzy szukają tylko sensacji i chcą komuś sprawić przykrość. Zajrzyj na mój Facebook, Instagram – tam jest dobra energia, prawda. Rozmawiam tam z autentycznymi ludźmi, którzy używają imienia i nazwiska.

Spotykamy się w Twoim domu pod Warszawą – kolorowym, pełnym oryginalnych drobiazgów, który chyba dobrze oddaje Twój charakter. Traktujesz go jako swoje miejsce na ziemi?

Kocham mój dom, tylko tutaj zmęczenie zamieniam w cudowną energię. Uwielbiam odpoczywać na kanapie i wiedzieć, że jestem bezpieczna. Lubię czuć spokój. Dom otacza również piękny ogród, który o tej porze roku wygląda jak mały raj na ziemi. A muszę powiedzieć, że wiele lat temu większość roślin zasadziłam sama. To owoce moje pracy. Jestem z tego dumna!

Lubisz być w nim całkiem sama?

Nigdy nie jestem sama. Co prawda Waldek na co dzień mieszka w Kanadzie, a Lara i Tadeusz w Warszawie, ale jest ze mną mój ukochany pies Miro. Mam też zaufaną gosposię i wspaniałych przyjaciół, którzy często u mnie bywają.

Gdzie byś zamieszkała, gdybyś mogła na stałe wyjechać z Polski?

W Portugalii, w domu na plaży, gdzieś za Cascais, w kierunku Porto. Albo daleko w Kolumbii, w Cartagena de Indias – mieście niezdobytym przez nikogo..