To dzięki pierwszemu mężowi, Volkhartowi Müllerowi uwierzyła, że kuchnia może być nie tylko pasją, ale też sposobem na życie i zarabianie pieniędzy. Jako korespondent „Der Spiegel” miał rozliczne znajomości, poznał ją z przyjaciółką hiszpańskiego króla Jana Karola I, która poprosiła, by przygotowała propozycje przystawek na konkurs kulinarny. Czereśnie faszerowane twarożkiem z czarnuszką, które zaproponowała Magda, pokonały dania kucharzy z najlepszych madryckich restauracji. To była przepustka do wykładów w prywatnej szkole kulinarnej, w której uczyła panie domu kuchni wschodnioeuropejskiej. Dziś jest niekwestionowanym autorytetem kulinarnym i restauratorką, właścicielką m.in. U Fukiera, Polki, Ale Glorii! i Schroniska Smaków.

Damian Gajda: Czy to prawda, że jako dziecko była Pani niejadkiem?

Magda Gessler: Grymasiłam, plułam jedzeniem, a dziadek robił wszystko, by czymś zadowolić ukochaną wnuczkę. Moja opiekunka, Olga Aleksandrowa, miała więcej odwagi – potrafiła głodzić mnie całymi dniami, ale dzięki niej poczułam wynikający z głodu apetyt... Jeśli nie zjadłam na śniadanie kanapek, dostawałam je na obiad albo na kolację. W ciągu dnia chodziliśmy na długie wycieczki, które ona nazywała „przewietrzaniem”. Spacerowaliśmy bez przerwy po górach Witosza w okolicy Sofii. Olga przygotowywała dla nas niezwykłe smaki, zawsze coś specjalnego. Na przykład bułgarski biały ser – sirene, kaszkwał, czyli rodzaj bułgarskiego parmezanu, chleb moczony w oleju z pestek słonecznika, parzona półkrwista wątróbka jagnięca, pieczona papryka krojona w kawałki, czosnek, tarte świeże pomidory, do moja pasja to moja praca tego aromatyczna czubryca. Obłęd! Ta mieszanka smaków, zapachów, konsystencji stanowiła dla mnie i dla mojego brata Piotra zastrzyk witamin, mikroelementów, który budował naszą odporność. A do tego ta mamałyga po wyczerpującym marszu smakowała wspaniale!

To właśnie Olga nauczyła Panią wrażliwości na smak?

Trudno byłoby mi wskazać jednego nauczyciela. W naszej rodzinie wrażliwość na smak przechodziła z pokolenia na pokolenie. Dziadek pracował dla samego Wedla. Babcia Halina prowadziła pierwszą w Słupsku powojenną cukiernię, babcia Irena uchodziła za kulinarne guru. Mama również była genialna. W naszym domu mówiło się o niej „pionierka”. Jako pierwsza wprowadziła kuchnię fusion, łączyła nowe smaki, tworząc kulinarne wariacje.

Pani dzieci także prowadzą restauracje. Czy pomaga im Pani? A może doradza?

Częściej jest zupełnie odwrotnie. Tadeusz, twórca warszawskiego Orzo, pomaga mi teoretycznie. Uwielbiam się go radzić, słuchać. Jest dla mnie autorytetem. Lara prowadzi Słodki Słony przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie, a oprócz tego robi milion rzeczy, którymi prawie nigdy się nie chwali. Stale mnie zaskakuje.

Może Pani o nich opowiedzieć?

Pierwsza w domu odeszła od smalcu... Zmniejszyła ilość mięsa na rzecz świeżych ryb, niepowtarzalnych i aromatycznych warzyw, owoców, ziół. Wszystko kupowała na bazarach. Nigdy w sklepie. Dla niej liczył się zapach, wygląd, powiew natury... Organizowała również wspaniałe przyjęcia, na których bywali znakomici artyści, politycy – jej pasztet z dziczyzny i kołduny zachwyciły kiedyś samego Fidela Castro! Mama uświadomiła mi, że dzięki dobremu jedzeniu można nawiązywać przyjaźnie i wpływać na uczucia i myśli.

Więcej ciekawostek z życia znanych kulinarnych osobowości znajdziecie w magazynie "Mistrzowie Smaku". Szukaj w kiosku lub zamów na kultowy.pl