Gaja Kuroń - dietetyczka firmy Kuroniowie Diety. Posiada ogromny zapał kulinarny, prowadzi warsztaty kulinarne, w których wykorzystuje swoją wiedzę o tym jak zdrowo i nowocześnie się odżywiać.

Magdalena Pomorska: Co inspiruje Cię w kuchni?

Gaja Kuroń: Wiele rzeczy. Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje z pewnością kuchnia staropolska, która jest dla mnie nieustającym źródłem inspiracji. Uwielbiam wracać do tradycyjnych przepisów, np. kuchni warszawskiej i urozmaicać je współczesnymi technikami kulinarnymi lub produktami. Dzięki wiedzy dietetycznej mogę i staram się też nieco odchudzać te przepisy, bo jak wiemy tradycyjne polskie dania do najbardziej „fit” nie należą (śmiech). Ogromną inspiracją są z całą pewnością także wszelkie podróże - możliwość smakowania kuchni charakterystycznej dla danego kraju lub regionu u źródła. Jedną z takich inspiracji przywiozłam niedawno z Chorwacji, gdzie moje serce (i żołądek) skradła sałatka z ośmiornicą, pomidorami i ziemniakami. Prosta, esencjonalna i przepyszna. Chętnie przygotowuję ją w mojej kuchni. Inspirują mnie też produkty, które mam w domu lub które zobaczę w sklepie. Tak było ostatnio np. z chałką, z której zrobiłam słodki puder do oprószenia klusek leniwych. Chałkę mocno podpiekłam, następnie zblendowałam, dodałam cukier, cynamon, całość podgrzałam na patelni i gotowe.

Kto jest Twoim kulinarnym mistrzem?

Gaja Kuroń: Kiedyś był nim oczywiście mój tata. To dzięki niemu różnorodność smaku i pasja do gotowania towarzyszyła mi od najmłodszych lat. Bardzo lubię Martę Dymek i jej portal Jadłonomia oraz Jamiego Olivera. Ma charyzmę, którą przypomina mi tatę. Z prostych składników potrafi wyczarować niesamowite dania, a gdy opowiada o swoich przepisach, to mam wrażenie, że mówi właśnie do mnie.

Czy masz smak dzieciństwa, o którym nigdy nie zapomnisz ?

Gaja Kuroń: A to bardzo śmieszne pytanie. Ludzie zazwyczaj odpowiadają, że dzieciństwo kojarzy im się np. z pierogami u babci, u mnie będzie to raczej cała feeria różnorodnych smaków. Oczywiście za sprawą mojego taty, który np. zamiast tradycyjnych kanapek do szkoły przygotowywał mi pieczone pastrami albo burgery. Które notabene wymieniałam potem z kolegami z klasy. Oni cieszyli się z różnorodnego drugiego śniadania, a ja z tradycyjnej kanapki z pasztetem (śmiech).

Współtworzysz catering „Kuroniowie diety”. Z jakimi wyzwaniami spotykasz się najczęściej i jak obalasz mit, że zdrowo nie znaczy pysznie?

Gaja Kuroń: Wyzwań jest wiele, ale jednym z największych jest z pewnością gotowanie dla tak sporej i różnorodnej grupy klientów, która przez cały dzień je tylko twoje posiłki. Ciężko wówczas ułożyć menu, które zadowoli każdego, zwłaszcza że jak można się domyślić jedna osoba nie lubi np. kolendry, druga śniadań na słodko a kolejna alergicznie reaguje na widok zup kremów. Dlatego staramy się, aby nasz jadłospis nawiązywał do polskich domowych obiadów, które każdy z nas zna. Czasami urozmaicamy je inspiracjami z kuchni całego świata. I to się świetnie sprawdza. Menu jest zróżnicowane, smaczne i zawsze z uwzględnieniem produktów sezonowych. Wiele osób zostaje z Kuroniowie Diety na dłużej i poleca nas znajomym. To cieszy i daje satysfakcję.

Jako ekspertka kulinarna komponujesz zbilansowane jadłospisy. A co sama najczęściej gotujesz w swojej kuchni?

Gaja Kuroń: W tygodniu jem zestawy posiłków od Kuroniowie Diety, gotuję więc tylko w weekendy. Muszę przyznać, że sprawia mi to wiele radości dlatego nie spieszę się w kuchni. Lubię różnorodne dania: raz przygotowuję np. bitki wołowe, a innym razem bardziej wyraziste azjatyckie potrawy. Wśród moich ulubionych dań na pewno muszę wymienić pieczeń cielęcą z rozmarynem i tradycyjne kotlety schabowe, które namaczam w mleku już dzień wcześniej.

Czy jest jakieś danie, którego jeszcze nie spróbowałeś, a bardzo byś chciała?

Gaja Kuroń: Marzę o smakowaniu lokalnej kuchni tajskiej z całym jej bogactwem. Chciałabym spróbować stuletnich jaj czy pieczonych owadów. Podobnie z marokańskimi czy gruzińskimi specjałami. Generalnie uważam, że smakowanie tradycyjnych dań różnych krajów w lokalnych restauracjach i barach to najlepszy sposób na poznanie tradycji i bogactwa smaków całego świata.

Który trend kulinarny jest najbliższy Twojemu sercu?

Gaja Kuroń: Z całą pewnością zero waste. Popieram ten trend ideologicznie a ponadto uważam, że jest wspaniałym wyzwaniem dla kucharza. Ostatnio robiłam np. szarlotkę, do której wykorzystałam czerstwą bułkę, a z obierek z jabłek zrobiłam kompot. Bliskie jest mi także wracanie do przepisów kuchni staropolskiej i dawanie im nowego życia.

Czy masz swoją książka kulinarna/film kulinarny? Jeśli tak to jaki i dlaczego?

Gaja Kuroń: Dwa z moich ulubionych filmów kulinarnych to „Ugotowany” oraz „Julia i Julie”. Dlaczego? Bo oba na swój unikalny sposób pokazują, co to tak naprawdę znaczy być kucharzem. To ciężka praca, nie tylko fizyczna, ale i psychiczna. Ciągła walka z przeciwnościami, podnoszenie się po niepowodzeniach i wreszcie ogromna satysfakcja. Jeśli chodzi o książki, to na pewno wszystkie pozycje Jamiego Olivera, „Przy moim stole. Świętowanie codzienności” Nigelli Lawson bo zawsze chciałam być jak ona i oczywiście „Kuchnia polska” Macieja Kuronia – ponad 1800 przepisów, które są mi bliskie.

Czy masz kuchenne akcesorium lub gadżet, bez którego nie możesz obyć się w kuchni?

Gaja Kuroń: Tak! Blender (uśmiech). Nie mogłabym się bez niego obyć. To idealne urządzenie, wielofunkcyjne, w którym mogę zrobić praktycznie wszystko. Posiekać, wymieszać, przygotować zupę, pokruszyć lód czy robić koktajle owocowe, które notabene uwielbiam.

Jak wspominasz program „MasterChef”? Która konkurencja najbardziej zapadła Ci w pamięć?

Gaja Kuroń: To była z pewnością przygoda mojego życia. Wszystkie konkurencje były niespodzianką i uczyły nowych rzeczy. Ale jeśli mam wymienić jedną konkretną to chyba będzie to odcinek, w którym musieliśmy gotować z resztek produktów użytych w poprzedniej konkurencji. Pamiętam, że były to lokalne dania i ja zrobiłam mazowiecki chłodnik z cielęciną. Zużyłam wówczas prawie wszystko, została mi dosłownie garść buraków, trochę jogurtu i mięsa. I wtedy dowiedziałam się, że z tych produktów mam przygotować danie. To było ogromne wyzwanie. Finalnie zrobiłam sałatkę z cielęciną i buraczanym sosem vinegretem.