To tutaj – we Florencji – wszystko się zaczęło: z ciemnych wieków średnich weszła Europa w światło Rinascimento, wielbiącego umiar, klasyczny ład w sztuce i filozofii, czerpiącego garściami z zapomnianego przez stulecia i na nowo odkrytego antyku. Tu – po lekturze Owidiusza – Poliziano zaczął rymować w klasycznym stylu. Tu Pico della Mirandola, pod egidą najsłynniejszego z Medyceuszy Lorenzo il Magnifico, pisze traktat „O godności człowieka”, a potem umiera otruty na rozkaz kolejnego władcy Florencji. Wcześniej zdążył jeszcze ukuć powiedzenie, że „każdy jest kowalem swojego losu”. Tu Botticelli, zakochany w najpiękniejszej kobiecie renesansu, zmarłej w kwiecie wieku Simonettcie Vespucci (szwagierce Amerigo Vespucci, tego od którego pochodzi nazwa Ameryki), malował zjawiskowe madonny i boginie. Na swoje życzenie został pochowany 50 lat później u stóp ukochanej we florenckim Kościele Wszystkich Świętych. Tu Giotto i Brunelleschi kreślą plany wież i kopuł, które przetrwają wieki, a Michał Anioł czuwa nad wydobyciem karraryjskich marmurów, z których później wyczaruje rzeźby dorównujące doskonałością greckim ideałom. Tu Uccello odkrywa dla przyszłych pokoleń prawidła perspektywy, a Savonarola wygłasza płomienne kazania i pali na stosie przedmioty zbytku, po czym sam na nim kończy swój ziemski żywot.

Potężna Florencja, z dumną rodziną Medyceuszy, roztaczała mecenat nad ówczesnymi geniuszami sztuki. Do dziś znajdziemy na każdym rogu miasta herb de’Medici z dziwnymi kulami. Nikt nie ma pewności, co oznaczały – czy były to wgięcia na tarczy, czy pomarańcze, czy pigułki (wywodzili się jakoby z lekarskiego rodu). Oprócz herbów wypatrujmy we Florencji ceramicznych, biało-błękitno-żółtych, medalionowych rzeźb artystów z rodziny della Robia. Zwykle trzeba wysoko zadzierać głowę, żeby je zobaczyć – są najczęściej wmurowane w wyższe piętra kamienic. Florencja prawdziwie przytłacza swoim "ładunkiem artystycznym", który naprawdę ciężko jest ogarnąć. Mówią, że „podróżnik bez wiedzy jest jak ptak bez skrzydeł”. Tu jednak wiedza nie wystarcza, potrzebna jest wstrzemięźliwość. Trzeba znaleźć do miasta własny klucz, na drodze eliminacji założyć sobie z góry, co chcemy zobaczyć, bo wszystkiego nie ogarniemy. Chyba tylko miejscowi historycy sztuki znajdą na to czas. Nam pozostaje trzymać się włoskiej zasady „poco, ma buono” – mało, ale dobrze.

Florencja, Fot. Agnieszka i Maciej Hermann

Zacznijmy od oczywistości: Galleria dei Uffizi. To jedno z najsłynniejszych muzeów świata da się jakoś ujarzmić; zdecydujmy tylko, kto jest nam najbliższy, bo są tu wszyscy wielcy. Czy wczesnorenesansowy Piero dela Francesca, czy sztukmistrz delikatnych pociągnięć pędzla Botticelli? Czy chcemy podziwiać chiaroscuro Leonarda da Vinci, czy zachwycić się wszechstronnym Michałem Aniołem, manierystycznym Parmiggiano i jego madonnami z łabędzimi szyjami, mrocznym Tycjanem, czy też wycyzelowanymi portretami Bronzino z intensywnym w kolorze tłem. Może jednak preferujemy tenebrystycznego Caravaggio i jego naśladowczynię – jedyną kobietę w tej komitywie – Artemisię Gentileschi? Będziemy rozpychać się łokciami między nacjami przybyłymi z całego świata, aby oglądać te cuda. Niech nam jednak przyświeca maksyma - cel uświęca środki (jak zalecał mieszkaniec Florencji autor „Księcia” Machiavelli). Kto ma nadludzkie siły, może jeszcze się udać do Palazzo Pitti, największego dziś kompleksu muzeów w stolicy Toskanii. Oba muzea od czasów Cosimo I de’Medici łączy Korytarz Vasariego, niestety w większości niedostępny dla zwiedzających. Diuk przemykał się nim z jednej rezydencji do drugiej, czując się niepewnie w miejscach publicznych (nie ma się czemu dziwić, w końcu był pierwszym władcą po obaleniu Republiki Florenckiej).

Florencja najpiękniejsza jest o świcie i zachodzie słońca. Obejrzyjmy ją najpierw z daleka, z drugiego brzegu Arno, z Piazzale Michelangelo, gdzie stoi kopia Dawida autorstwa słynnego rzeźbiarza (oryginał znajduje się w Galleria dell’Accademia). Ujrzymy skąpaną w delikatnym świetle panoramę z rzeką i przerzuconymi przez nią czterema mostami, największą ceglaną kopułą świata zaprojektowaną przez Brunelleschiego i wieżą Giotta. Mimo wczesnej pory straganiarze już rozwieszają kobierce z „Narodzinami Wenus” Boticellego, marionetki Pinokia (jego twórca Geppetto, wg książki pochodził spod Florencji) i dziesiątki Dawidów w dowolnym rozmiarze. Przez Ponte Vecchio, z jego podcieniami i sklepami złotników, wejdźmy do starego miasta. Wypijmy cappuccino czy latte macchiato, przegryźmy crostatę (włoską tartę z dżemem) lub cornetto (nadziewany rogalik) i ruszmy na Piazza della Signoria, plac nazywany też „muzeum na świeżym powietrzu”.
Znajdziemy tu kolejną kopię – tym razem marmurowego – Dawida, i całą plejadę zachwycających dynamiką rzeźb w Loggia dei Lanzi.

Palazzio Vecchio (dawny ratusz) zachwyca zwłaszcza freskami i rzeźbionymi kolumnami w patio, w kolorze dziś nazywanym – jakby na złość dla Florencji – sieną. Stąd uliczkami pełnymi designerskich sklepów docieramy do katedry i baptysterium stojącego na środku placu. Żadne zdjęcie nie odda polichromicznych odcieni marmurów, którymi są ozdobione – złamana biel karraryjskiego, ciemna żyłkowana zieleń tego z Prato i przyćmiony róż marmuru z Maremmy. Te kolory zmieniają się jak w kalejdoskopie w zależności od pory dnia i kąta padania światła. Baptysterium zachwyca reliefowymi płaskorzeźbami z brązu na swoich wschodnich drzwiach, wykonanymi przez Ghibertiego (Michałowi Aniołowi tak przypadły do gustu, że nazwał je Porte del Paraiso – Bramami Raju). Niedaleko, wśród wąskich średniowiecznych uliczek, natkniemy się na kościół popularnie nazywany Chiesa di Dante. Legenda mówi, że to tutaj poeta widywał z daleka swoją modlącą się ukochaną Beatrice Portinari. W tym kościele została również pochowana, gdy przedwcześnie pożegnała się z tym światem (miała tylko 24 lata).

Nie zapomnijmy wejść na wieżę Giotta górującą nad miastem. Na Piazza Santa Croce dominuje oczywiście bazylika, której kaplice ozdobił ten sam artysta i gdzie pochowanych jest wiele znamienitych postaci (m.in. Michał Anioł, Galileusz czy wielki Machiavelli). Na placu w czerwcu odbywają się zawsze turnieje calcio fiorentino – XVI-wiecznego proto-futbolu, dość zaciekłego i urazogennego.

Fot. Agnieszka i Maciej Hermann

Od sztuki przez wielkie „S” przejdźmy do tej kulinarnej, bo i na tym polu Florencja nas nie zawiedzie. Jedzenie jest tu zaskakująco proste, można powiedzieć, że to klasyka w dobrym wydaniu. Wpływ na nie miała kuchnia arystokratycznych rodów i niewyszukana cucina povera (stąd mówi się, że filary toskańskiej kuchni to chleb, oliwa i wino). Dla florentczyków najważniejsze jest, aby wszystko było: nostrale (lokalne, nasze, gdzieś niedaleko wyhodowane) i artigianale (czyli robione w małych wytwórniach, najlepiej od pokoleń, co daje gwarancję jakości) – na Mercato Centrale znajdziemy takie napisy na co drugim produkcie.

Na stołach w tutejszych restauracjach króluje mięso. Florentczycy to najwięksi mięsożercy wśród Włochów. Szczycą się zwłaszcza bezkonkurencyjną wołowiną ze śnieżnobiałej rasy chianina, hodowanej w niedalekiej toskańskiej Val di Chiana. Emblematycznym daniem jest bistecca alla fiorentina (befsztyk po florencku) – gigantyczny kawał mięsa, krótko podpieczony z zewnątrz, a w środku zawsze krwisty. Nie ma co walczyć z kelnerami o „ben cotto” (dobrze wysmażony) – takiego nam z reguły nie podadzą, twierdząc, że można tak jedynie popsuć wspaniałe mięso. Tym, którzy nie są entuzjastami surowizny, można zaproponować stracotto – to dla odmiany długo duszony kawał wołowego mięsa, aż rozpadający się pod sztućcami (stracotto to po włosku – przegotowany). Wielbiciele pieczonej wieprzowiny powinni skosztować arista di maiale. Nietrudno też o dziczyznę – mieszkańcy Florencji przepadają za mięsem dzika, zającami i dzikimi królikami. Primi piatti w Toskanii to nie zawsze makaron – często spotkamy tu pożywne zupy na bazie fasoli, ciecierzycy czy zbóż (popularne są stare odmiany farro i orzo). Toskańczycy to mangiafagioli, czyli pożeracze fasoli – tak ich ochrzciła reszta Italii. Zupy często zagęszcza się czerstwym chlebem – tu przykładem są: przepyszna bogata w warzywa ribollita, acquacotta czy pappa di pomodoro.

Prosciutto crudo, Fot. Agnieszka i Maciej Hermann

Nie ma możliwości, by we Florencji odmówić sobie lodów; nawet najbardziej dbający o linię po prostu się tu załamują. Gelaterias spotyka się na każdym kroku, a wybór smaków mają nieograniczony. Nad włoskimi lodami każdy rozpływa się z zachwytu i chyba już tomy napisano o ich fenomenie – że owocowe smaki to jak owoc do kwadratu, że lody śmietankowe czy czekoladowe to krem rozpływający się w ustach. We Florencji jest wiele słynnych lodziarni i prawdę mówiąc, konkurencja jest taka, że trudno trafić na złe lody. My upodobaliśmy sobie lodziarnie: „Gelateria della Passera” (trzeba koniecznie spróbować smaku monalissa: z rodzynkami, kwiatem pomarańczy i orzechami laskowymi oraz lodów migdałowych i pistacjowych), „La Carraia” i „Perseo”.

Uroczym miejscem na małe słodkie co nieco jest maleńki sklepik koło bazyliki San Lorenzo. „Il cantuccio di San Lorenzo” sprzedaje pieczone na miejscu chrupiące cantucci. Te słodycze nazywane też bywają biscotti di Prato, od miejscowości, z której pochodzą. Wbrew tradycji, ciasteczka z San Lorenzo pieczone są tylko raz, a nie dwa razy, jak klasyczne wersje. Dzięki temu są miększe i nawet nie trzeba ich przed pałaszowaniem, jak zalecają Toskańczycy, moczyć w słodkim vin santo. Snujący się po ulicy zapach migdałów i kandyzowanej skórki cytrusów zaprowadzi nas do tego miejsca jak po sznurku. Zaraz obok jest cudowny sklep z tradycyjnymi produktami kulinarnymi, pełen zwłaszcza toskańskich wędlin. Jest tu prosciutto crudo, finocchio (miękkie salami z dodatkiem nasion kopru włoskiego), wędzona spalla (łopatka) czy wyglądająca jak bekon guancia (podgardle). Sporo tu dobrego wina i świetnych toskańskich serów pecorino. Szczególnie sympatyczne są te z dodatkiem czarnych trufli lub ziaren pieprzu oraz dojrzałe (stagionato).

Swoistym kuriozum jest pane toscano – to chyba jedyny na świecie chleb bez soli. Ponoć to wysoka cena soli i wrodzona zaradność (żeby nie powiedzieć: skąpstwo) mieszkańców były matką tego wynalazku. Powiedzmy sobie szczerze, trzeba chyba się urodzić Toskańczykiem, żeby zachwycać się tym chlebem. Obcokrajowiec lepiej go toleruje w postaci bruschetty – grzanek z oliwą i solą (bo klasyczna bruschetta nie potrzebuje innych dodatków), jest też dobrym nośnikiem sosów, dodatkiem do zup lub chlebowo-pomidorowej sałatki panzanella.

Przed wyjazdem nie zapomnijmy pogłaskać ryjka XVII-w. dzika z brązu, stojącego przy Loggia del Mercato Nuovo i nazywanego pieszczotliwie przez florentczyków Il Porcellino (prosiaczkiem). To zagwarantuje, że jeszcze wrócimy do Florencji. A odwiedzić ją trzeba jeszcze nieraz – wciąż jest tu tyle fresków, rzeźb, obrazów, których nie obejrzeliśmy, win i antipasti, których nie skosztowaliśmy i smaków gelati, które nadal czekają, żeby porazić rozkoszą nasze kubki smakowe.

 

Autorka tekstu Agnieszka Hermann od 16 lat mieszka z mężem i synem w Portugalii. Prowadzi poczytnego bloga „Kuchnia nad Atlantykiem”, poświęconego dobrej kuchni, kulinarnym podróżom i degustacji bachusowych trunków. Oboje z mężem są lekarzami i pasjonują się turystyką i fotografią. Wydali dwutomowy przewodnik po portugalskich Azorach.

Lubisz kuchnię włoską? Wypróbuj przepis na spaghetti bolognese