Poznaliśmy ją jako prezenterkę pogody. W programie Dzień Dobry TVN prowadzi cykl, w którym zachwala życie blisko natury.

Dorota Filipkowska: Trudno było dziewczynie z małego miasta dostać pracę w ogólnopolskiej telewizji?

Agnieszka Cegielska: Nigdy o tym nie marzyłam. To przykład, że jeżeli coś ma się zdarzyć, to się zdarzy. Po powrocie do Polski zamieszkaliśmy z mężem w Malborku. On tam pracował, ja szukałam miejsca w życiu. Udzielałam się w radzie miasta, zaczęłam też drugie studia, dziennikarskie. Wtedy kolega mi poradził, żebym wysłała CV do TVN. Odezwali się. Dość długo dojeżdżałam do pracy z północy, dopiero kiedy Franek się urodził, szala przechyliła się na stronę Warszawy.

Ale to na Pomorzu zaczęło się to wszystko, co w Pani życiu najważniejsze. Choćby przyjaźń z naturą?

Dziadkowie tak mnie wychowali. Po wojnie wyruszyli pociągiem z Lubelszczyzny i wysiedli w Malborku, gdzie stworzyli dom, a wokół niego ogród. Żyliśmy z tego, co wydała ziemia, a mięso jadaliśmy rzadko, bo nikt nie podniósłby ręki na zwierzę, które dawało mleko czy jajka. Kiedy zachorowałyśmy z siostrą na grypę, babcia długo się zastanawiała, którą kurę poświęcić na rosół. Gdy patrzę na nową piramidę żywienia, to widzę, że u dziadków właśnie tak się odżywialiśmy. Dopiero z czasem staliśmy się mięsoholikami. Zwracam uwagę na to, co jem. Marzeniem byłoby mieć taki warzywniak, jak u dziadków, na razie jarzyny zamawiam w ekologicznym Ogrodzie Szambala na Roztoczu. Byłam tam z kamerą, wiem z jakich ziaren wyrastają, widziałam, jak rosną przy lesie i co ważne – bez użycia grama chemii. Zbierane raniutko, wieczorem przyjeżdżają do Warszawy.

Zobacz także:  przepis na sok z malin

Nie jada Pani mięsa?

Kiedy rodzina poczęstuje mnie rosołem, to zjem, ale na co dzień nie mam potrzeby, bo moja dieta jest wystarczająco zróżnicowana, składa się głównie z warzyw, owoców, kasz, zdrowych tłuszczów.

W jaki sposób trafiła Pani z Malborka do Japonii?

Wyjeżdżać zaczęłam dopiero, kiedy jako szesnastolatka wystartowałam w wyborach Miss Polski Nastolatek. Gdy dostałam się na pierwsze studia, wzięłam urlop dziekański, aby podróżować i zdobywać doświadczenia. Do Japonii pojechałam jako modelka, na dwumiesięczny kontrakt, ale zostałam dłużej. Ten kraj jest niczym człowiek o silnej osobowości: albo się go lubi, albo nie. Ja się w nim odnalazłam. Wszystko mnie ciekawiło, a najbardziej styl życia Japończyków: jak to możliwe, że oni coraz więcej pracują, coraz mniej śpią, a żyją coraz dłużej.

Odkryła Pani tajemnicę kondycji Japończyków?

Wydaje mi się, że tkwi w zdrowym odżywianiu i  ćwiczeniach. Masowo ćwiczą tai chi, nieraz widziałam to, jadąc pociągiem. Zaczęłam tam praktykować jogę, którą ćwiczę często i która jest dla mnie ważna.

A jedzenie? Przywiozła Pani ze sobą jakieś japońskie skarby natury?

Do dziś używam spiruliny, czyli algi, które dodaję w postaci proszku do zielonych koktajli. Poznałam też zalety aronii, której największym producentem i eksporterem jest... Polska! Aronia nazywana jest „królową antyoksydantów”. Jest bardzo wskazana dla osób, które korzystają z komórek i komputerów, bo niweluje promieniowanie monitorów. Aronii u nas w sklepach jest jak na lekarstwo, bo większość wylatuje w świat, między innymi do USA, Kanady i właśnie Japonii! Często przygotowuję herbatę z aronii z sokiem z malin, albo dodaję konfiturę aroniową do jaglanki.

Na zimę zmienia Pani sposób odżywiania?

Jadam „cieplej”. Ciepłe śniadania, na obiad zupy, kasze z kurkumą i innymi przyprawami. Jeśli na słodko, to dodaję kardamon, goździki, cynamon cejloński, jeśli na ostro, to papryczkę chili, cebulę, czosnek. Piję herbaty ziołowe i owocowe, uwielbiam przeróżne kombinacje, np. z sokiem z kwiatów czarnego bzu, syropem z mniszka lekarskiego lub syrop z pędów sosny.

„Ulepsza” Pani również świąteczne menu? Pytam o Boże Narodzenie.

O nie! Na święta zwykle jeździmy do rodziców i teściów do Malborka. Babcia robi na wigilię pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby, a ja sięgam po to, co podpowiada mi organizm. Polska Wigilia nie bez racji uchodzi za jedną z najzdrowszych na świecie. To posiłek wegetariański i bezalkoholowy. Nie umieramy przecież z przejedzenia po Wigilii, tylko zazwyczaj po pierwszym i drugim dniu świąt, kiedy na stołach pojawiają się pieczenie, pasztety, ciasta. Jestem zwolenniczką różnorodnej diety umiaru. Chcesz spróbować – spróbuj, delektuj się, ale jak zjesz, to idź na spacer, poruszaj się, aktywność fizyczna jest ważna.

Czy Pani – żona, mama pracująca – znajduje czas na czytanie i oglądanie telewizji? Może w święta właśnie?

Żartuję, że pracuję w telewizji, ale jej nie oglądam. Natomiast codziennie staram się sięgać po książkę, do niektórych przeczytanych wracam, jak „Ciało kobiety, mądrość kobiety” lub „Anioły w moim życiu”. Zaczęłam także pewien eksperyment: czytam synkowi na dobranoc książki o zdrowiu. Franek się przyzwyczaił do bajek, ale już trochę z nich wyrósł, a ja stwierdziłam, że muszę zmienić te wieczorne lektury, bo z braku czasu nie zdołam przeczytać niczego dla siebie. Kiedyś sięgnęłam po tekst o kwasach tłuszczowych. Już sama usypiałam i byłam pewna że Franek śpi, ale szybko się okazało, że się pomyliłam. Gdy tylko zawiesiłam głos, usłyszałam: „No i co z tymi kwasami? Jak się wchłaniają?”. Zasypiałam z uśmiechem na ustach.

Przekazuje Pani synkowi swoje umiłowanie natury?

Owszem, przykładem. Lubię ruch i Franka też nie muszę odciągać od komputera i telefonu. Gdy tylko proponuję: „Chodźmy do lasu”, natychmiast jest gotowy. Przynoszę też do domu różne rośliny, a on je pielęgnuje. Wiosną zbieraliśmy razem sok z brzozy, który bardzo mu smakuje, szczególnie w połączeniu z sokiem z kwiatów czarnego bzu i liściem mięty. To taka naturalna, domowa lemoniada. Ściągaliście sok z brzozy?! To dzisiaj rzadka umiejętność. Też przywieziona z Malborka? Tego akurat nauczył mnie dr Artur Zagajewski z ogrodu botanicznego w Powsinie, który wystąpił w kilku odcinkach cyklu „Naturalnie”.

Czy za studiami podyplomowymi z dziedziny zdrowia i kursem ajurwedy nie kryje się aby plan zmiany zawodu?

Nie, zawsze fascynowały mnie dawne medycyny, szczególnie praktykowane w Azji, traktujące człowieka holistycznie, szukające przyczyny, a nie leczące tylko skutki, np. ból. Lubię się uczyć i pragnęłabym to kontynuować do emerytury. Czasami tylko się zastanawiam: „Jak powiem mężowi, że idę na kolejne studia?”.

Mąż także przestrzega zasad zdrowego żywienia?

Widzę postępy. Zauważa, że lepiej się czuje, kiedy je zdrowiej, chociaż często żartuje: „Żeby oprócz tego zielonego coś jeszcze na talerzu było!”.

Garść „prozdrowotnych” przepisów zawiera Pani książka "Naturalnie". Co jeszcze w niej znajdziemy?

Opisałam w niej skarby natury, które pokazałam wcześniej w cyklu „Naturalnie”, w Dzień Dobry TVN. Większość polskich, jak dzika róża, pokrzywa, brzoza, choć są i inne, bliskie memu sercu, np. aloes, który przypomina mi dzieciństwo, bo ukochana babcia miała tych roślin kilka na parapecie. Piszę też o dwóch życiodajnych substancjach – selenie i witaminie D. I proponuję przepisy na wykorzystanie i połączenie tego wszystkiego. Proste i szybkie do przygotowania.

Książka ma uzupełnić lukę w edukacji rodaków?

Mam nadzieję, że pomoże docenić skarby natury w tym te nasze rodzime, na przykład czarną porzeczkę. Moi dziadkowie mieli jej sto krzaków. Łza mi się kręci w oku, gdy słyszę, że dziś rolnicy pozbywają się ich. A przecież owoce czarnej porzeczki to numer dwa na liście źródeł wit. C, zaraz po polskiej dzikiej róży. Wystarczy garść, by zaspokoić nasze dzienne zapotrzebowanie na tę witaminę, tymczasem czarna porzeczka „nie sprzedaje się”. Trudno zrozumieć, że częściej sięgamy po sok pomarańczowy, przygotowany z owoców, które nie rosną na naszych drzewach i idealnie sprawdzają się w miejscach, gdzie jest gorąco, bo mają działanie wychładzające organizm. Zawsze w pierwszej kolejności dobrze jest sięgać po to, co pochodzi z naszej strefy klimatycznej.

A Pani jakim napojem kończy dzień?

Najchętniej naparem z lipy, ponieważ pachnie domem dziadków. Mieszkali oni przy szkole, do której prowadziła aleja lipowa. Często zrywaliśmy kwiaty lipy i oddawaliśmy je do punktu skupu. Kiedyś kupiliśmy za to babci parasolkę na imieniny. Lipa fantastycznie wycisza. Czasem dodaję do niej soku z malin, aronii albo czarnej porzeczki. Zapach naparu z lipy nie tylko uspokaja organizm, ale kojarzy mi się ze wszystkim co najcudowniejsze i przywołuje piękne wspomnienia.