Martyna Szydłowska, mojeGotowanie.pl: Żeby wziąć udział w programie, musiałaś totalnie przeorganizować swoje życie…

Magdalena Nowaczewska: Rzuciłam wszystko dla tego programu, taka była tego cena. Ale nie zastanawiałam się za wiele nad tym, co będzie, jeśli coś pójdzie nie tak...

Ale pewnie masz jakiś plan na przyszłość?

- Marzę, żeby zostać szefową kuchni i będę do tego dążyć, ale na ten tytuł trzeba zapracować, zasłużyć. Stawiam teraz na naukę i wypatruję kolejnych możliwości stażowych. Nie mam konkretnych oczekiwań, gdzie bym chciała się uczyć – chcę poznać każdą możliwą kuchnię.

Mam nadzieję, że te plany się nie zmienią, ale za kilka miesięcy wyjeżdżam na staż do Kolumbii. Nie ukrywam, że ta kuchnia i tamtejsi szefowie urzekają mnie wyjątkowo – ludzie zarażają energią i śmiechem. Ja sama ciągle się śmieję, nawet kiedy jestem bardzo zmęczona po kolejnych nieprzespanych nocach. Pokochałam ten klimat, smaki i ludzi, którzy czerpią z napotkanych składników – zrywasz owoc prosto z krzaka i jesz od razu lub gotujesz. Tam wszystko pachnie, jest kolorowo, ludzie czują się związani z tym pożywieniem, które jest im dane. Jest naturalna energia.

Ile czasu mija od tego, kiedy wygrałaś do emisji finałowego odcinka? Jak u Ciebie wyglądał ten czas?

- Kilka miesięcy. Nie powiem, ile dokładnie, ale wystarczająco, żebym już trochę ochłonęła. Spożytkowałam czas na pisanie książki. Totalnie skupiłam się na gotowaniu, zamknęłam się na otaczający świat. Nie spotkałam się jednak ze zbyt wielkimi naciskami, aby opowiadać o programie. Powiedziałam mamie, żeby na wszelkie pytania odpowiadała: wyjechała do karczmy w górach, gotuje, klepie kotlety.

Czyli mama była wtajemniczona?

Jak dziecko nie wraca do domu, tylko jest ciągle w grze, to mama musi wiedzieć.

Nie czułaś pokusy, żeby komuś powiedzieć, że zostałaś MasterChefem?

- Tuż po finale było tyle emocji, że jedyne, co mogłam zrobić, żeby sobie uporządkować myśli i nie zwariować, to wrócić do garów, zamknąć się w kuchni. Przez te dwa miesiące miałam kontakt tylko z 2-3 osobami. Było mi ciężko, bo odtrącałam w tym czasie moich przyjaciół – dzwonili, chcieli wiedzieć, co się dzieje, zobaczyć się, a ja nie odbierałam, mówiłam, że nie mam czasu. Na szczęście gotowanie sprawia mi taką przyjemność, że wyłączam telefon, nie zauważam upływu czasu.

Mam wrażenie, że jesteś bardzo pozytywnie odbierana przez widzów MasterChefa. Po prostu chyba cię lubią. Pojawia się jednak kontrowersja dotycząca tego, że wcześniej odpadłaś z programu…

- … ale dostałam drugą szansę, nowy produkt i skupiłam się na tym, jak je dobrze wykorzystać. Wiem, o co walczyłam, za czym podążałam i że byłam w tym uczciwa. Ten program nauczył mnie wielu rzeczy – nie tylko warsztatu, ale i pewności siebie, ogłady kulinarnej, opanowania, pokory. Każda konkurencja i każdy odcinek był dla mnie wyzwaniem i myślałam o nim jak o całości, a nie tylko etapie na drodze do zwycięstwa.

Program musi wywoływać emocje – im bardziej skrajne, tym atmosfera wokół niego mocniej się nakręca. Na początku programu nikt o mnie nic specjalnego nie mówił ani nie pisał. Ani źle, ani dobrze. Jednak z czasem, gdy było bliżej finału, zaczęło się robić gorąco i pojawiały się różne głosy. Dotykało mnie to, ale posłuchałam rad osób, które mówiły: Magda, nie czytaj, tak po prostu będzie. Wiem, że to naturalne i trochę zatykam uszy na tę negatywną energię, bo wiem, ile z siebie dałam i że byłam uczciwa wobec siebie i innych.

Jakie są negatywne strony programu?

- Jest ich niewiele. Jakąś trudność sprawia mi raczej to, co się stało po finale – setki maili, telefony, rozpoznawalność. Tu w Warszawie łatwo mi przejść niezauważoną – dopóki się nie uśmiechnę, to naprawdę nikt mnie nie pozna. Jednak ja jestem ze wsi i w moich stronach to wygląda zupełnie inaczej. Trudno jest spokojnie zrobić zakupy w sklepie – ludzie są oczywiście przeważnie bardzo mili, ale stała obserwacja bywa krępująca.

Nie masz poczucia, że rywalizacja w takim programie jak Masterchef przenosi stres do kuchni?

Nie kierowałam się tym, bo nie rywalizowałam z innymi uczestnikami. Nie chciałam zawieść jurorów i samej siebie. Każdy komentarz oceniających był dla mnie ważny i pamiętam go do dziś. Jeśli robisz coś, co tak bardzo kochasz, to nie myślisz w ten sposób. Co więcej, znalazłam w programie przyjaźń – mimo tej rywalizacji. Bardzo się ze sobą zżyliśmy – ja i Michał.

To znaczy, że nie miałaś słabszych momentów?

Jestem ambitna, skupiam się na zadaniu i nie rozpamiętuję długo słabszych momentów. Jedyna chwila zwątpienia miała miejsce w Kolumbii, kiedy poparzyłam sobie rękę i twarz. Temperatura dała mi w kość. Po zakończonej którejś konkurencji usiadłam na kamieniu i pomyślałam, że to chyba jest moment, kiedy powinnam wrócić do domu – rodzina i zdrowie są dla mnie najważniejsze, a mój organizm wysyłał mi wtedy znaki, że już nie ma zbyt wiele siły. Czułam się też już wygrana sama przed sobą, więc wiedziałam, że moja przygoda w programie może się już w tym momencie skończyć. Ale wtedy gorączka przeszła, maść i opatrunki zadziałały, więc pomyślałam: Ok, to zaczynamy od nowa.

Wygląda na to, że jesteś twarda - w gastronomii to konieczne.

- To nie jest łatwy chleb. Praca w kuchni trwa od rana do nocy i jest bardzo ciężka, ale ja już nie mogę się tego doczekać, także tej harówki po 14 godzin na dobę. Patrzę na swoje dłonie i myślę, że mam to gotowanie już na nich wypisane, na tych pokaleczonych palcach.

Nie boję się porażek. Wiele razy zderzyłam się z czymś, czego kompletnie nie znam. Nowe produkty mnie nie paraliżowały. Wyszłam z założenia, że jeśli w takiej sytuacji danie jest jadalne, to mogę już być z siebie dumna! Nie musiałam wygrać – wystarczy, że to się da zjeść! Oczywiście podstawy warsztatowe już miałam, a jednak moment spotkania z nowym produktem to co innego. Tego nie było widać, ale podczas jednej z konkurencji podniosłam skrzynkę z moim zadaniem, jurorzy mnie pytają, jaki produkt wylosowałam, a ja zbaraniałam. Nie wiedziałam, co to jest! Mówię: krewetki? Dopiero ktoś mi z boku podszepnął: Magda, raki! Nigdy nie widziałam raków, naprawdę! Ale pomyślałam: ok, skorupiaki przyrządza się tak i tak, łączy z tym i tym… Kiedyś Michel Moran poradził nam, co zrobić, kiedy dostaniemy produkt, którego nie znamy: próbujcie, wrzućcie na tłuszcz, do wody, do piekarnika. Najważniejszy jest główny produkt i to z nim trzeba się zmierzyć w pierwszej kolejności. Dodatki schodzą na drugi plan, zajmij się nimi później.

To samo mówi twoja książka „Z miłości do gotowania” – proste składniki, staranne przygotowanie, niezwykła różnorodność.

- To moja pierwsza książka i chcę, żeby trafiła do szerokiego grona odbiorców i służyła tym, którzy po prostu otwierają lodówkę i mając tam marchewkę, kawałek indyka i jabłko, postanawiają coś ugotować. Dla mnie pięć minut to wystarczająco dużo czasu, żeby coś zrobić w kuchni. Chciałam, żeby ta książka była taką podstawą – wyjaśniała, jak zrobić kruche ciasto, ile czasu smażyć stek… Ale chcę też pobudzić kreatywność, na przykład używając dużo przypraw albo dodając nietypowe składniki do  dobrze znanych dań – leczo urozmaicam morelami i śliwkami, co wiele osób oczywiście uznaje za szaleństwo.

Jest jednak coraz więcej osób, które nie boją się sięgać po bardziej wymagające, luksusowe produkty, stąd przepisy na mule i homara. Z moją książką można się z nimi zmierzyć i przekonać się, że 3-4 składniki i 10 minut pracy mogą dać rewelacyjne efekty.

Znajomi i rodzina wciąż jeszcze zapraszają cię do swoich domów na coś smacznego? Obecność MasterChefa na obiedzie musi być stresująca.

- Jak planują jakąś imprezę, często pada pytanie, czy mogę coś przygotować: Wpadniesz wcześniej? Coś razem ugotujemy, ja ci pomogę!

Generalnie kończy się na tym, że to ja gotuję, ale nie sprawia mi to trudności i kłopotu, bo to uwielbiam.

Czy jakiś szef kuchni cię szczególnie inspiruje?

Każdy – za sprawą swojej techniki, ale i stylu. Chciałabym wykorzystać każdą ofertę stażu, jaką otrzymam.

Sądzisz, że to możliwe?

Na razie nie jest ich wcale tak wiele, dostaję oferty pracy na stanowisku szefa kuchni, ale muszę podziękować. Najpierw muszę się jeszcze dużo nauczyć. Podstawy wyniosłam z domu, od mojej mamy, która zawsze ciężko pracowała i dbała o dużą rodzinę, ale i zawsze zapewniała nam ciepły obiad przy wspólnym stole. Ja byłam pierwszą, która się garnęła do pomocy w tym i okazało się, że nie sprawiają mi problemu najbardziej niewdzięcznie kuchenne zajęcia – na przykład obieranie ziemniaków dla trzydziestu osób, które będą na obiedzie. Ale nauka łączenia smaków, produktów nie towarzyszy mi od zawsze, przyszło z czasem – myślę, że to się rozwija dopiero od jakichś 2-3 lat.

Skończyłam inżynierię biomedyczną i jestem umysłem ścisłym, ale na studiach było mi bardzo ciężko – szukałam spełnienia, ale ono nie przychodziło. Tylko w garach! Przez kilka miesięcy pracowałam jako przedstawiciel farmaceutyczny, ale to była po prostu orka – najcięższy okres w moim życiu, kiedy budziłam się z płaczem, szłam spać w płaczem i wiedziałam, że to nie jest to, co będę robić w życiu. Nie dostałam się na stomatologię, na którą startowałam dwa razy i może dlatego nie spełniłam się w trakcie studiów – dzięki temu będę kucharą i będę robić to, co kocham.