ostatnio opuściłam się w gotowaniu- tz przychodząc z pracy do domku rzucam sie na... mrożone fast-foody

grzech! zbrodnia! wiem, wiem, nie patrzcie tak

nic nie poradze, że moje starcia z garczkami, patelniami itp sprzetem kuchennym kończą sie dla mnie źle. choć źle to czasami mało powiedziane. dlaczego? moje doświadczenia mówią same za siebie- kiedy zabieram się do smażenia czegoć, zwykle zapominam o oleju, albo zbyt długo czekam aż sie nagrzeje. w rezultacie olej się zapala, a ja chcąc go usunąć z patelni doznaję obrażeń. w innym przypadku gotowałam makaron i cieszyłam się, ż etym razem udało mi się go nie rozgotować ani nie skrzywdzić siebie samej. pośpieszyłam się z tą radością- zamiast przelać wrzątek i makaron do druszlaka (sama nie wiem jak tego dokonałam) przecedziłam połowę makaronu przez własne palce! dochodzę do wniosku, że chyba sprawdzę kiedy umrę na jakiejś stronce w stylu
http://smierc.org, żeby sprawdzić, kiedy kuchnia wyśle mnie na tamten świat.
a wiecie co jest w tym wszystkim najgorsze? że ja naprawdę chcę nauczyć się gotować. tylko jakoś nie mam do tego talentu, albo jestem zbyt roztrzepana

czy Wy też mieliście, albo nadal macie takie zdanie o sobie?